sobota, 21 marca 2015

Nowa książka: Czy Pan Jezus mógł się przeziębić? Rozmowy o człowieczeństwie Boga

Nakałdem wydawnictwa WAM ukazała się moja nowa książka, w której rozmawiam z ks. Dariuszem Kowalczykiem.
Zachęcam do lektury - można ją nabyć TUTAJ


Czy Jezus mógł się przeziębić?
Czy śmiał się i płakał?
Czy był wybitnym cieślą?
Czy był przystojny?

To pytania o człowieczeństwo i cielesność Jezusa, których czasem, jak się nam zdaje, nie wypada zadawać. Co ciekawe, pytania takie nie były obce ani Ojcom Kościoła, ani średniowiecznym scholastykom. Dopiero w późniejszych epokach obraz Jezusa stopniowo odrywał się od Jego cielesności, przez co Chrystus bardziej zaczął przypominać ideę niż żywego człowieka - wcielonego Syna Bożego.
Autorzy książki odważnie przyglądają się różnym wymiarom ziemskiego życia Jezusa, by w przystępny sposób przybliżyć tajemnicę człowieczeństwa Boga.
ks. Dariusz Kowalczyk SJ, jezuita, profesor nadzwyczajny teologii, wykładowca teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W latach 2003-2009 przełożony Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego. Stały felietonista tygodników "Gość Niedzielny" oraz "Idziemy", prowadzi blog na portalu areopag21.pl.
Tomasz Rowiński, historyk idei, publicysta, autor. Jest redaktorem prowadzącym portalu Christianitas.org.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Nowy projekt: portal Christianitas.org

Szanowni odwiedzający bloga, w ostatnich miesiącach rozstałem się z ekipą portalu Fronda.pl, a także przestałem pełnić funkcję sekretarza redakcji kwartalnika FRONDA. Od kwietnia zaczął się nowy etap. Zapraszam na portal Christianitas.org, który jest rozwinięciem istniejącego od 1999 roku pisma papierowego.


niedziela, 16 lutego 2014

Nowa książka: STWORZENIE CZY EWOLUCJA? DYLEMAT KATOLIKA

STWORZENIE CZY EWOLUCJA? DYLEMAT KATOLIKA

» Czy człowiek pochodzi od małpy?
» Czy nauka i Pismo Święte zgadzają się w kwestii powstania życia?
» Czy Ewa powstała z żebra Adama?
» Kreacjoniści – radykalni tradycjonaliści, czy wrogowie Kościoła?
» Dlaczego nauka o ewolucji wywołuje tyle emocji?
» Czy Darwin odpowiada za obozy śmierci?
BÓG, CZY DARWIN? Wybór nie ogranicza się wyłącznie do jednej z tych dwóch możliwości. Autorzy prowadzą czytelnika ku ekscytującym poszukiwaniom w obrębie relacji pomiędzy STWORZENIEM A EWOLUCJĄ. Także – pomiędzy WIARĄ I NAUKĄ. Postulują odnowę całej koncepcji nauki o Stworzeniu. Zbyt bowiem często zarówno niewierzący, jak i katolicy przedstawiają ją jako KONFLIKT. Bezmyślnych i głuchych na wszelkie argumenty fundamentalistów katolickich z jednej strony i odważnych naukowców oraz teologów z drugiej. Ci ostatni wypracowali rzekomo wspaniałą syntezę pomiędzy interpretacjami Księgi Rodzaju a neodarwinizmem. Odnowa katolickiej nauki o Stworzeniu nie może się jednak oprzeć na żadnym z tych uproszczonych rozwiązań. Wartościowa synteza pomiędzy nimi a nauką zakłada bowiem wierność oczywistemu i dosłownemu zamysłowi Księgi Rodzaju, a jednocześnie obiektywne spojrzenie na dane naukowe.
W 1950 roku zaledwie jedna myśl z encykliki papieża Piusa XII Humani generis – jedno zdanie mówiące o możliwości ewolucji „żywej materii” – doprowadziły do jednej z największych zmian w historii nauczania katolickiego (z Wprowadzenia).
Premiera: 12 lutego 2014 roku.
Detale techniczne
Oprawa: miękka | Ilość stron: 264 | EAN: 9788364095153 | Cena detaliczna: 29.90 zł (brutto

wtorek, 27 sierpnia 2013

Blog w stanie spoczynku

Szanowni Czytelnicy, ponieważ od jakiegoś czasu mam bardzo liczne obowiązki redaktorskie związane zarówno z portalem fronda.pl , jak i kwartalnikiem Fronda, a także i nade wszystko z Christianitas zawieszam umieszczanie tutaj wpisów.

Od jakiegoś czasu moje opinie można znaleźć pod jednym adresem, wcześniejsze komentarze dla fronda.pl łatwo wyszukać TUTAJ

Ciekawsze moim zdaniem teksty będę zamieszczał na bocznym pasku w dziale "Publikacje w różnych mediach" w postaci zapisu bibliograficznego i, jeśli to możliwe, linku.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Święty spokój źle się dla Polski kończy

Wyniki ciekawych badań opublikował Instytutu Gallupa. Wynika z nich, że Europejczycy źle myślą o Unii Europejskiej.
W czołówce niezadowolonych są Francuzi i Brytyjczycy. Odpowiednio 62 i 55 proc. Polacy nie są w czołówce niezadowolenia – jedynie 39 proc. naszych rodaków wyraziło niechęć wobec kierunku, w którym zmierza Unia Europejska.
Zbadano również skłonność Europejczyków do ewentualnego opuszczenia przez ich kraj Unii, gdyby teraz miałoby się odbyć referendum. Jednak tylko Brytyjczycy chcieliby, żeby ich kraj opuścił Wspólnotę.
Badania wskazują także na istniejące wśród mieszkańców Europy oczekiwanie by to Niemcy i Francja przewodziły politycznie w Europie. Wobec tego pomysłu sceptyczni są sami Francuzi (51 proc. niechętnych), którzy nie chcą pozycji lidera, a także Brytyjczycy (36 proc.) – tradycyjnie sceptyczni wobec sił kontynentalnych. Za to chęć odgrywania głównej roli wyrażają obywatele Niemiec (54 proc.)
Warto w tych badaniach zwrócić uwagę na dwie dane – zadowolenie Polaków i oczekiwania Niemców. W pierwszym momencie trudno zrozumieć odpowiedzi Polaków, Unia wywiera na nas coraz silniejszą presję kulturową w sprawach obyczajowych, religijnych, ale także ekonomicznych. Wciąż zasadne jest pytanie, czy jako Polacy przetrwamy tę współczesną europejską przygodę. Prawdopodobnie jednak zadowolenie wynika z tego, że ponad wszystko jako naród pragniemy świętego spokoju. Tyle, że święty spokój dla każdego narodu oznacza zanik istnienia. Donald Tusk trzyma nas na dystans wobec spraw Unii i jest posłusznym przywódcą, niepolitycznego kraju drugiego planu. A my się cieszymy, ponieważ nic tak naprawdę nie wiemy o tym co się dziele w Brukseli. Ta niewiedza wydaje nam się dobra. A ta niewiedza jest jednak rezygnacją z przekonania, że mamy swoją tożsamość polityczną – katolicką, narodową i że powinniśmy zajmować się polityką by dbać o nasze sprawy, ale też o prawa Boga i Kościoła w doczesności.
Odwrotną drogę przebywają Niemcy. Po drugiej wojnie światowej utracili swoją suwerenność, podmiotowość, poczucie i potrzebę zaangażowania politycznego w Europie. Dziś po dawnych traumach praktycznie nie zostało nic. Polityka historyczna zdjęła bądź właśnie zdejmuje z Niemców poczucie odpowiedzialności za wydarzenia gehenny czasów powszechnego zaangażowania tego narodu w narodowy socjalizm i jego zbrodnie. Prawdopodobnie sytuację tę umacnia jeszcze kryzys jaki panuje w Europie i który to kryzys jest finansowany w dużej mierze przez niemiecki budżet. Wielce przewidywalne jest, że jeśli Europa wyjdzie kiedyś z trwających zawirowań to przywództwo Niemiec będzie w niej jednoznaczne i niepodważalne.
Niemcy bardzo zręcznie i twórczo rozwijają dziś myśl praktyczną swoich dwóch wielkich myślicieli Kanta i Hegla. Pierwszy przekonał naszych zachodnich sąsiadów, że można mówiąc o „wiecznym pokoju” i wygrywać wojny gospodarcze, a drugi, że prawdziwe państwo nie może tkwić w szarej strefie społeczeństwa obywatelskiego, ale zawsze dążyć do politycznej mocy. Unia Europejska to nic innego jak zarządca wielkiego społeczeństwa obywatelskiego, gdzie prowadzi się interesy i biznes, kupuje się lojalność poszczególnych grup. Politykę uprawia tylko ten, kto chce mieć władze nad tymi procesami.
fronda.pl

sobota, 8 czerwca 2013

Naukowcy wciąż chcą nam grzebać w mózgach

Nie zmieniają się nadzieje pewnej części świata naukowego by pewnego dnia wyprodukować zupełnie nowego człowieka. Nie chodzi o to by był dobry, czy zły, ale by był zdrowy. Pojęcie zdrowia jest oczywiście bardzo giętkie i pozwala na niemal zupełnie swobodne manipulacje. Nie chcę dezawułować psychiatrii, neurobiologii, czy nawet psychologii, ale określenie “zdrowia” w tej przestrzeni wydaje się szczególnie niebezpieczne.
Z brytyjskiej wersji The Huffington Post można się dowiedzieć, że być może zupełnie nie długo możliwe będzie skategoryzowanie fundamentalizmu religijnego i przemocy wobec dzieci jako przypadków medycznych. W dodatku uleczalnych. Już widzę na horyzoncie ten lepszy świat, w którym rodziców dających klapsy będzie się wysyłać na operacje mózgu w celu “uzdrowienia” ich osobowości, a katolicy “fundamentaliści”, jak często opisuje się wierzących w rozmaitych mediach zostaną poddani leczniczym lobotomiom.
Te sensacyjne rozważania dr Kathleen Taylor nie są aż tak szokujące dla kogoś kto miał kontakt z diagnostyką psychiatryczną. Skoro zaburzeniem może być choroba niespokojnych stóp, to tym bardziej przemoc wobec dzieci, czy religianctwo. Ale nie ograniczajmy się - z pewnością można też leczyć choćby homofobię, antysemityzm, osobowość autorytarną, a nawet skłonność do krytykowania słusznie wybranego rządu. I wszystko to dla zdrowia.
Pozostaje pytanie, gdzie miałaby zacząć się granica, za którą należałoby delikwenta poddać “leczeniu” i dlaczego to neurobiolog miałby podejmować decyzje o charakterze moralnym. A może pracownik socjalny, wyposażony we władzę administracyjną. Każdy kto ma nieco oleju w głowie zauważy dziwne podobieństwo pomiędzy grzebaniem w mózgu, a praktykami eugenicznymi w wieku XX. A przecież także eugenika była praktykowana ze względów “higienicznych”, czyli w zasadzie medycznych.
W ramach higieny społecznej można by coraz bardziej przykrawać nasze mózgi, oddzielać od nich niepoprawnie polityczne poglądy, "niedorzeczne" pragnienia poszukiwania szczęścia, prawdy, a także Boga. Aż w końcu nic by pod czaszką nie zostało. Byłoby to zdrowie absolutne.
fronda.pl

czwartek, 6 czerwca 2013

Trzeba bronić świata

W odpowiedzi na mój tekst poświęcony Dominique’owi Vennerowi („Dramat starego Rzymianina”) Filip Memches w swoim komentarzu („Metafizyczne manowce konserwatystów”) odrzuca wyrażoną przeze mnie sugestię, że Kościół we Francji zbyt późno przebudził się by głośno bronić spraw podstawowych dotyczących już nie tylko praw ludzkich, ale i natury człowieka. Ta ostatnia jest coraz bardziej wykoślawiana prawem pozytywnym i obyczajami, czego przykład ostatnio daje właśnie najstarsza córa Kościoła. Przeciwstawia temu opinię, że stałym kłopotem są konserwatyści, którzy traktują Kościół „jako instytucję wychowawczą i strażnika ładu moralnego – a nadzieję pokładają nie w Bogu, lecz w swoich politycznych wizjach”.

Być może tak właśnie jest. Sadzę jednak, że te dwa problemy się nie wykluczają. Instrumentalne traktowanie przez intelektualistów Kościoła nie wyklucza innego faktu, że Kościół przebudził się zbyt późno. Zresztą to że przebudził się w ogóle stało się w przypadku francuskim za sprawą katolickich tradycjonalistów nie ciszących się zwykle zbytnim szacunkiem we francuskim episkopacie.

Filip Memches ma rację krytykując konserwatywnych pogan – sam to zresztą robiłem w różnych miejscach – choćby na łamach „Frondy” („Polska jako potwór doktora Frankensteina”), krytykując neoromantyczne i w z ducha pogańskie koncepcje Jarosława Marka Rymkiewicza, pomijającego w swojej filozofii polskości centralną rolę katolicyzmu. Zresztą chodzi o coś więcej niż lokalny folklor – o przekonanie, że nadzieja narodów tkwi w rozpoznawaniu przez nie Boga – mogą to czynić m.in. za pomocą praw ustanawianych w swoich państwie.

A jednak poza bitwami toczonymi o nadzieję właśnie nadprzyrodzoną są inne bitwy, w których trzeba odłożyć przynajmniej w jakiejś mierze poszukiwanie odpowiedzialnych wzajemnego wykorzystywania i odpowiedzieć warunkowym sojuszem w chwili gdy być może zbliżamy się do niebezpieczeństwa zagrażającemu istocie człowieczeństwa. Przynajmniej część elementów różnych doktryn i wizji politycznych, o których wspomina Memches, należy także do spraw Bożych i ich broni, choć tkwi na metafizycznych manowcach.

Skoro rewolucja kulturalna, o której rozmawiamy atakuje doczesne sprawy, które uznajemy za konieczne obrony, to znaczy, że istnieje naturalny obszar dobra, które łączą nas poganami, szukającymi sprawiedliwości. Pamiętajmy, że francuską akcję przeciw ustawie zezwalającej na adopcję dzieci parom homoseksualnym w jej kulminacyjnej fazie organizowała właśnie katolicka tradycjonalistka i gej, który zachował znalazł w tej sprawie swoje non possumus.

Jeśli pociągnąć tę analogię, że polskim Vennerem jest Jarosław Marek Rymkiewicz, to z mogę Filipa Memchesa zapewnić, że są sprawy, w których moglibyśmy, a nawet powinniśmy maszerować razem z nim. Nie sądzę byśmy mogli w imię nadprzyrodzonej nadziei pozwalać by ten rzeczywisty i stworzony przez Boga świat, płonął. Powinniśmy go bronić tak długo jak to możliwe, nie przestając być katolikami.



niedziela, 2 czerwca 2013

W Rzeczpospolitej o Dominique'u Vennerze



Na łamach "Rzeczpospolitej" opublikowałem sylwetke Dominique'a Vennera z kilkoma uwagami o Kościele we Francji.  

Dominique Venner, samobójca z katedry 
Notre Damme, uważał, że Kościół wykorzystał Europę dla własnych celów, robiąc z jej mieszkańców pożytecznych idiotów w nie swojej sprawie 
– pisze historyk idei.

Venner wycofał się z aktywnej polityki przed ponad 40 laty. Na tyle dawno, że w Polsce nie był rozpoznawany. Od lat pisał książki, uprawiał zawód historyka-akademika. Najbliższe jego grono wiedziało jednak, że wciąż żywił także pewne ambicje. Chciał stworzyć własną szkołę myślenia o tradycji europejskiej i działaniu politycznym, o czym pisał choćby w książce „Historia i tradycja Europejczyków”.

Mimo że był samotnikiem, z jego twórczości i dorobku intelektualnego korzystały rozmaite, także zupełnie współczesne, francuskie grupy prawicowe, m.in. głośny Blok Tożsamościowy (Bloc Identitaire). W dniu samobójczej śmierci do spuścizny Vennera przyznał się również Front Narodowy kierowany przez Marine Le Pen.
Całość TUTAJ  

środa, 29 maja 2013

Rzymianie tracą nadzieję. O samobójstwie Dominique’a Vennera

To co jednak wydaje się najbardziej znamienne w biografii Vennera i co wskazuje na profil a także ukierunkowanie jego poglądów to jego zaangażaowanie w powołanie w 1968 roku GRECE czyli Groupement de recherche et d'études pour la civilisation européenne określanej mianem think-tanku etnonacjonalistycznego. Choć grupę opisywano także jako tradycjonalistycznie konserwatywną to jednak nie w odniesieniu do spuścizny chrześcijańskiej.
Być może na portalu fronda.pl nie wypada powoływać się na Gazetę Wyborczą, ale właśnie nagłówek jej internetowego odpowiednika najlepiej oddaje sens gestu Dominique’a Vennera. Wydarzenie to faktycznie było bez precedensu - historyk nagradzany za swoją twórczość przed Akademię Francuską pozbawił się życia strzelając sobie w usta w jednym z najbardziej symbolicznych miejsc Francji i to Francji katolickiej, czyli w katedrze Najświętszej Maryi Panny (Notre-Dame) w Paryżu. Nie do końca zidentyfikowana “prawica” miała powiedzieć według GW: “Tak się broni naszej cywilizacji!”, “To bohater na miarę Iliady!”. Można zapytać, parafrazując znane pytanie Tertuliana: “Co ma wspólnego Iliada z katedrą Najświęteszej Maryi Panny w Paryżu?” I czy samobójstwo - dla chrześcijan znak rozpaczy, coś może obronić? Wygląda to raczej na usunięcie się z drogi swoim przeciwnikom.
Samobójstwo Vennera według deklaracji jego samego było reakcją na kryzys cywilizacyjny w jakim znalazła się Francja. Jak się zdaje kroplą, która przepełniła kielich goryczy i ostatecznie sprowokowała desperacki czyn była porażka parlamentarna, którą poniosła we Francji rodzina. Chodzi oczywiście o wprowadzenie adopcji dzieci parom homoseksualnym. Innym ważnym wątkiem w zapiska Vennera była postępująca islamizacja Francji i słabnięcie rasy indo-europejskiej. Oczywiście śmierć Vennera (i miejsce jakie wybrał na samobójstwo) uruchomiło odruchy utożsamiające to wydarzenie i ten protest z chrześcijaństwem, Kościołem i obroną porządku, który reprezentują. Uleganie takiej prostej gloryfikującej narracji grozi nam szczególnie, gdy patrzymy na wszystko z oddalenia, czyli z polskiej perspektywy, gdzie prawica, przy różnych zastrzeżeniach jest zbliżona do Kościoła i trudno znaleźć inną. Prawica świecka, choć możemy ją już sobie wyobrazić, jest na razie możliwością przyszłości. We Francji rzeczywiste oddziaływanie polityczne ma praktycznie jedynie świecka prawica kojarzona przede wszystkim z Frontem Narodowym. Otrzeźwić nas powinien nasz własny katolicyzm.
Samobójstwo bowiem i to jeszcze w kościele jest aktem zupełnie niechrześcijańskim. Nawet jeśli możemy w tym geście dostrzec pewien rodzaj szlachetności to jest to szlachetność pogańska, przywiązana bardziej do chwały naszych miast (państw, narodów, etc.) niż do duszy, jak lapidarnie rzecz ujął Machiavelli. Chrześcijańską odpowiedź na upadek cywilizacji dał św. Augustyn w “Państwie Bożym” - książce wciąż aktualnej i tak nam bliskiej. Bliższej jeszcze, gdy rozpoznamy w osobie Dominique Vennera, opisywane przez Hippończyka postacie szlachetnych pogan, których nadzieja wygasła, gdy Germańskie plemiona szturmowały Rzym. Powracają czasem głosy mówiące, że dziś chrześcijanie wobec barbarzyństwa ateistycznego i islamskiego przypominają wyznawców antycznych bogów u schyłku starożytności. Sądzę, że to właśnie ludzie tacy jak Dominique Venner najbardziej odpowiadają temu obrazowi. Ich dobrą motywacją jest zachowanie tkanki ludzkiej wspólnoty narodowej i politycznej, zachowanie ciągłości materialnej, ciągłości krajobrazu. To wszystko we Francji i w Europie Zachodniej zaczyna się zmieniać. Samobójstwo przed ołtarzem katedry Notre-Dame jest ostatecznym gestem rozpaczy, w którym religia jest jedynie kulturowym nośnikiem formy życia danej wspólnoty, a nie nadzieją pozwalającą przeżyć koniec świata. Tak religię postrzegały stare rody Romy. W tym sensie Venner okazał się bardziej synem agnostycyzmu Maurrasa, lidera Action Francais, rozmiłowanego w klasycznych formach kultury europejskiej - także zresztą rzymskiej i katolickiej, niż bratem idących właśnie do Chartres pielgrzymów przywiązanych do wciąż istniejącego życia katolickiego. Kapłani odprawiający tradycyjną katolicką liturgię, rodziny, skauci z Sercem Jezusowym podpisanym Espoir de France [Nadzieja Francji] - oni żyją w tej samej Francji, w której stary republikanin zagubiony w państwie, które porzuciło bliskie mu ideały idzie do Kościoła, ale tylko po to by umrzeć.
Dominique Venner od lat nie brał już udziału w życiu politycznym, pisał książki, uprawiał zawód historyka. Znamienne jest jednak jacy przedstawicie życia publicznego zareagowali “pozytywnie” na jego gest. Szefowa Frontu Narodowego Marine Le Pen uznała samobójstwo Vennera za gest całkowicie polityczny. Nie miejmy złudzeń - Front Nardowy nie ma nic wspólnego z Francją katolicką, choć razem z centroprawicową Unią na rzecz Ruchu Ludowego poparł “Manif pour tous” broniącej normalnej rodziny, animowanej przez aktywistów katolickich. To faktycznie stary, francuski republikanizm, przywiązany do idei narodowych, który, posłużę się pewnego rodzaju skrótem, zaczął tracić wpływy razem z upadkiem Action Francais, a część z nich odzyskał dopiero w latach 80. Przy czym AF przyciągało licznie środowiska katolickie - natomiast FN pielęgnuje dziś republikański separatyzm państwa i Kościoła i nie ma swojej religijnej tożsamości. Możliwe zresztą jest że bliższe mu są idee Dominique’a Vennera. O czym za chwilę.
Front Narodowy powstał w roku 1972 z połączenia środowisk tworzących Państwo Francuskie w latach 1940-44, czyli rząd Vichy, obrońców Algierii Francuskiej i dysydenckich grup gaulistowskich. Obrońcą Francuskiej Algierii był ochotnik Dominique Venner, który po powrocie z wojny dołączył do grupy nacjonalistycznej Nation Jeune. Jej znakiem był krzyż celtycki, który nie bywa znakiem formacji chrześcijańskich.
Jako jej członek Venner brał udział w plądrowaniu biura Francuskiej Partii Komunistycznej w roku 1956 zaraz po stłumieniu rewolucji na Węgrzech. Należał także OAS (Organisation de l'armée secrète) paramilitanej organizacji, która koncentrowała się na sprawie obrony Francuskiej Algierii. Jeden z jej przywódców George Bidault był założycielem Ruchu na rzecz Sprawiedliwości i Swobód, który to ruch wszedł do nowopowstającego Frontu Narodowego.
To co jednak wydaje się najbardziej znamienne w biografii Vennera i co wskazuje na profil a także ukierunkowanie jego poglądów to jego zaangażaowanie w powołanie w 1968 roku GRECE czyli Groupement de recherche et d'études pour la civilisation européenneokreślanej mianem think-tanku etnonacjonalistycznego. Choć grupę opisywano także jako tradycjonalistycznie konserwatywną to jednak nie w odniesieniu do spuścizny chrześcijańskiej. Do jej agendy wchodziło zainteresowanie kulturą nordycką i germańską, odrzucenie monoteizmu i chrześcijaństwa, a także obrona neopogaństwa. Organizacja istnieje do dziś i swoje idee przeformułowała wokół współczesnych haseł “lokalności”, “ekologizmu”, i “komunitaryzmu”. Co zresztą znakomicie współgra z jej pogańskimi skłonnościami. Ważnymi autorami dla tego środowiska byli Ernst Junger, Vilfredo Pareto, czy Carl Schmit. A jednak jak się zdaje nie rozwiązuje to zagadki samobójczego czynu Vennera. Opuścił on bowiem GRECE w roku 1970 by przyłączyć się do grupy intelektualistów pojawiających się pod szyldem Institut d ' études occidentales(IEO), w której znalazł choćby autor i myśliciel niewątpliwie katolicki, czyli Thomas Molnar.
Wpisy z jego bloga wskazują jednak, że Venner nie zmienił swojego zasadniczego stanowiska wobec chrześcijaństwa, Kościoła i kultury europejskiej. We wpisie z roku 2009 nazwał Iliadę i Odyseję “Biblią Europejczyków”. W wywiadzie którego udzielił przy okazji wydania swojej książki “Histoire e tradition des Europeens” zarzucił chrześcijaństwu słabość i wprowadzanie tej słabości do tradycji prawdziwych Europejczyków. Znamienne, że średniowiecze jest dla niego  przede wszystkim “celtycke”, a nie chrześcijańskie. Uwaga o słabości i niechęci do przemocy jaką ma mieć w sobie chrześcijaństwo oczywiście zaraz została skontrowana przez dziennikarza pytaniem o krucjaty. Odpowiedź Vennera jest niezwykle interesująca - Kościół z chęcią stosuje przemoc jeśli występuje z pozycji siły i ma wsparcie “pożytecznych idiotów”, czyli Europejczyków. Rozdzielenie tego co chrześcijańskie i europejskie wydaje się więc kluczowe w jego myśleniu. Dorzućmy jeszcze podtytuł przywołanej książki Vennera “30 000 lat tożsamości”. Mamy tu zatem odniesienie do jakiegoś głęboko zagrzebanego w ziemi źródła prapogańskiego, które było dla niego istotą europejskości.
W tekście, który funkcjonuje w internecie jako testament Dominique Vennera możemy przeczytać, że jego autor nie oczekuje niczego od zaświatów poza uwiecznieniem jego rasy i ducha, a jego śmierć jest gestem etyki woli przeciwko niewolnictwu, któremu ulega większość ludzi. Pojawia się tam też fragment namawiający do zerwania z metafizyką nieograniczoności, przyczyną upadku dzisiejszego świata Zachodniego. Choć to nieścisłe to jednak z perspektywy pewnych intelektualnych klisz  można i tu zauważyć przytyk do roli chrześcijaństwa w dziejach Europy. Trudno to inaczej zresztą rozumieć skoro także Katedra Notre-Dame była dla niego tylko “przypadkowo” chrześcijańska. Tożsamości religijne bowiem przychodzą i odchodzą, a trwa “geniusz przodków”. Tak może mówić Rzymianin, Frank, czy Scyta, ale chyba nie katolik.
Pozostaje konkretne pytanie do Kościoła we Francji w chwili, gdy prawo stanowione przekreśla prawo naturalne. Czy nie ocknął się on zbyt późno, czy zbyt późno nie zaczął mobilizować tych wszystkich pogubionych metafizycznie sojuszników norm naturalnych jacy jeszcze pozostali? Bez łaski wiary “Rzymianie” zaczynają tracić nadzieję.
źródło: fronda.pl