poniedziałek, 13 lipiec 2009

Karczowanie lasu. Alexis de Tocqueville i rewolucja

Na stronie Teologii Politycznej można przeczytać mój artykuł z najnowszego numeru Christianitas. Powstał on na bazie referatu jaki przed kilku laty przygotowywałem na seminarium poświęcone de Tocqueville'owi. Było ono prowadzone przez prof. Pawła Śpiewaka.

Link do strony Teologii Politycznej
Bezpośredni link do artykułu

środa, 8 lipiec 2009

Z tęsknoty za wspólnotą...



Drobiazg, który niedawno zrobiłem.

www.wspolnotablogoslawienstw.pl

wtorek, 2 czerwiec 2009

Radio Wolność nadaje!

Tylko w czerwcu słuchajcie Radia WOLNOŚĆ




Radio powstało z okazji 30 rocznicy pielgrzymki do Polski - pielgrzymki, która odmieniła oblicze tej ziemi!

Warto też odwiedzić stronę http://www.centrumjp2.pl/6czerwca

wtorek, 26 maj 2009

Kultura w czasach zarazy

Już praktycznie wszyscy znamy ten układ liter i cyfr – A/H1N1. Takim symbolem oznaczono wirusa tzw. świńskiej grypy. Choroba budzi coraz większy niepokój. W Meksyku z obawy przed rozprzestrzenianiem się wirusa wstrzymano na pewien czas odprawianie Mszy św.

W dawniejszych czasach bywało odwrotnie – zbliżająca się epidemia wzmagała modlitwę, odprawiano Msze i nabożeństwa. Wierzono, że klęska choroby ma związek z Bożą sprawiedliwością. Nawet jeśli dzisiaj podchodzimy z większym dystansem do takich interpretacji i patrzymy na choroby z bardziej naturalnej perspektywy, to jednak zawieszanie odprawiania Ofiary Pańskiej wydaje się środkiem zbyt drastycznym – zarówno społecznie, jak i duchowo.

Spójrzmy na podstawowe informacje. W pierwszych dniach maja podawano liczbę około 1000 zachorowań na całym świecie spowodowanych wirusem A/H1N1, około 30 stwierdzonych zgonów, a także około 150, które nie zostały wyjaśnione i których nie można z ze stuprocentową pewnością przypisać świńskiej grypie. Równocześnie WHO, czyli Światowa Organizacja Zdrowia przez wiele dni straszyła pandemią i ogłoszeniem najwyższego stopnia zagrożenia epidemiologicznego. Powyższe dane skłaniają jednak do pytania, czy nie mamy do czynienia z grubą przesadą. Jedno spojrzenie na źródłosłów terminu pandemia daje wiele do myślenia. Greckie słowo składa się z dwóch części pan, czyli wszyscy i demia, czyli lud. Czy stwierdzenie tysiąca zachorowań na całym świecie rzeczywiście daje podstawy do myślenia o globalnym zagrożeniu? Nie chodzi o to, by lekceważyć pojawiające się epidemiologiczne zagrożenia, ale raczej by mieć właściwy dystans do informacji, jakie otrzymujemy za pośrednictwem mediów.
Krótka pamięć

Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że na różne szczepy grypy umiera rocznie od 10000 do 40000 osób. W samej Polsce odnotowuje się trzy miliony zachorowań rocznie i nawet 6000 zgonów spowodowanych przez chorobę lub jej powikłania. Mimo to nie mówi się w Polsce o epidemii.

Pierwszy zanotowany w Polsce przypadek świńskiej grypy potwierdził, że zagrożenie tym szczepem wirusa jest, mówiąc językiem marketingu, „przereklamowane”. Na specjalnej konferencji Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że zarażona kobieta ma „typowe objawy grypy o miernym nasileniu”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że siła wirusa A/H1N1 polega głównie na sile jego medialnego oddziaływania. Pamięć o nim jest niezwykle krótka. Kto dziś pamięta o panice, jaką wywołała przed kilku laty tzw. ptasia grypa, czy jeszcze wcześniej choroba szalonych krów? Zastosowano wtedy masowy ubój bydła i drobiu. Czy zapobiegło to rozprzestrzenianiu się zagrożenia? Czy może było ono jak bańka mydlana rozdęta przez szukających sensacji dziennikarzy? Prawdopodobnie prawda leży w tym przypadku pośrodku. To, że od dziesięcioleci przeżywamy w Europie raczej „epidemię strachu” niż rzeczywiste epidemie, jest niewątpliwie efektem szczególnych zabiegów, jakie nasza cywilizacja podjęła w celu wyeliminowania zagrożenia epidemiologicznego. Jednak lęk przed chorobą silnie tkwi w naturze ludzkiej. Kiedy dziś czytam dawne informacje prasowe o możliwym masowym przenoszeniu się gąbczastego zwyrodnienia mózgu z bydła na ludzi, instynktownie budzi się we mnie obawa, czy sprawa nie uległa zapomnieniu zbyt szybko. Schorzenie to potrafi przecież ujawniać się u człowieka po wielu latach od zarażenia...

Wróćmy jednak do pandemii grypy. Jeśli szukamy właściwego odniesienia dla dzisiejszych zagrożeń i niepokojów, spójrzmy w historię kultury europejskiej. Losy Europejczyków – podobnie jak i innych ludów – związane są nierozłącznie z historią sposobów umierania i chorowania. Tukidydes, opisując przebieg wojny peloponeskiej w V wieku przed naszą erą, widział w epidemii, która nawiedziła wtedy Ateny, karę za niesprawiedliwość, jaką mieszkańcy tego miasta okazywali swoim sojusznikom i wrogom. Skala tego wydarzenia była tak wielka, że w samym mieście niemal zabrakło mieszkańców, którzy mogliby zostać wcieleni do armii. Los kolejnej wyprawy zaplanowanej przez Peryklesa wisiał na włosku. Ostatecznie i sam Perykles zmarł w roku 429 na szalejący tyfus. Zaraza ta nie tylko złamała potęgę ówczesnego państwa ateńskiego, ale także podważyła wiele z religijnych przekonań jego obywateli. Jak zanotował Tukidydes: "Jeśli idzie o bogów, ludzie uważali, że pobożność tak samo nie ma żadnego znaczenia jak i obojętność religijna; widzieli bowiem, że wszyscy na równi giną".
Ludzie i zwierzęta

Epidemie spowodowane tragicznymi warunkami sanitarnymi były czymś zwykłym w czasach wojny. Jednak równie często powodowało je przenoszenie się chorób ze zwierząt domowych i hodowlanych na człowieka. O takiej epidemii pisze choćby Liwiusz w swoich dziejach Rzymu. Miała ona miejsce około 174 r, przed Chr. Liwiusz opisuje te wydarzenia również przy okazji problemów związanych z poborem do wojska, jakie spotkało ówczesne państwo rzymskie. Jego opisy są niezwykle realistyczne: „Przy wszystkich drogach leżały stosy niepogrzebanych niewolników. Zakład pogrzebowy przy świątyni Libityny nie nadążał z pogrzebami nawet ludzi wolnych. Trupy, nietykane przez psy ani sępy, rozkładała zgnilizna. Pewną było rzeczą, że ani w tym roku, ani w poprzednim, przy takim pomorze krów i ludzi, nie widziano nigdzie sępa”. Problem pozostawał nie rozwiązany aż do czasów nieomal współczesnych. Władysław Reymont w „Chłopach” opisuje jak z padłego z powodu choroby zwierzęcia wyrabiano wędliny i podroby. Zwierzęta zabijało się niezwykle rzadko, tylko przy okazji najważniejszych wydarzeń rodzinnych czy dotyczących całej lokalnej społeczności. Nikt nie myślał o tym, by niszczyć, czyli np. palić padłe zwierzęta. Tym sposobem wszelkie choroby miały prostą drogę, by przedostać do organizmów ludzi.

Ospa, grypa, gruźlica, malaria, dżuma, odra, cholera – wszystkie te bardzo dobrze znane nam choroby mają pochodzenie zwierzęce. W dziejach zagrożenie epidemiologiczne pojawiło się po raz pierwszy, kiedy człowiek zaczął prowadzić rolniczy i osiadły tryb życia. Wszelkie nieczystości, jakie wcześniej zostawiał za sobą będąc wędrującym myśliwym, teraz zaczęły pozostawać w miejscu jego zamieszkania, a nawet służyły do ponownego wykorzystania jako nawóz, czy ocieplenie szałasów i chat. Skala dawnych epidemii jest dla nas niewyobrażalna. Największa, która nawiedziła Europę w XIV wieku pochłonęła w niektórych miejscach kontynentu ponad połowę ludzkich istnień. Spowodowana ona była przez epidemię dżumy, która powracała falami, aż do XVIII wieku. Dziś jeszcze każdy z nas wie, co oznacza „czarna śmierć”. Strasznym przykładem żniwa śmierci, jakie zbierała dżuma, pozostanie Florencja. W liczącym wtedy 100 tysięcy mieszkańców mieście, w czasie szczytu zarazy, każdego dnia umierało 1000 osób!
Sojusznik w podbojach

Równocześnie „zaraza”, „powietrze” w pewnym sensie sprzyjały Europejczykom w ich podbojach. Ospa, katar i inne powszechne w Europie choroby wyludniły praktycznie cały kontynent Ameryki Łacińskiej, pozostawiając przed konkwistadorami puste pole. Dysponując skromnymi przecież siłami, zagarnęli oni właściwie cały Nowy Świat oddając go w ręce swoich władców. Śmierć z powodu chorób przywleczonych na ich statkach pochłonęła ok. 10 milionów indiańskich istnień. Inna pandemia dotknęła Chiny na początku XVI wieku. Przywleczona z Europy ospa zabiła w Państwie Środka kilka milionów ludzi, znacznie osłabiając potęgę Cesarstwa. Wydarzenie to miało miejsce w kilka lat po wyprawie Vasco da Gamy do Indii. Trudno nie zauważyć, że sukcesy europejskich odkrywców i zdobywców w dalekiej Azji miały związek z konsekwencjami tej choroby.

Jednak wielkie epidemie w samej Europie trwały aż do wieku XX. W latach 1918–1919 na grypę „hiszpankę” zmarło około 30 milionów ludzi, co stanowiło straszniejszą hekatombę niż trwająca cztery lata I wojna światowa. Wirus ten różnił się od innych szczepów grypy tym, że uderzał szczególnie w ludzi młodych, pomiędzy 20 a 40 rokiem życia.

Czy oznacza to, że dziś nie ma już prawdziwych zagrożeń i możemy się obawiać „tylko” wirusów wykorzystujących potęgę środków masowego przekazu? Raczej nie. Nie zapominajmy, że rocznie trzy miliony ludzi umiera z powodu zarażenia wirusem HIV, a liczba zakażonych sięga 40 milionów. Technika i medycyna nic nie mogą poradzić na tę prawdziwą epidemię. Ostatnia pielgrzymka Benedykta XVI do Afryki pokazała dodatkowo jak bardzo ten problem jest zideologizowany. Hipokryzja nie pozwala dostrzec najbardziej oczywistych metod, jakie mogłyby zapobiec chorobie dziesiątkującej ludność Afryki. Ostatecznie Kościół pozostaje niemal osamotniony w zapobieganiu AIDS. Krocie pochłania nieskuteczna profilaktyka antykoncepcyjna.

Zarówno przykład HIV, jak i świńskiej grypy pokazują, że choroba nie przestała kształtować ludzkiej kultury. W przypadku tego pierwszego zagrożenia wciąż stoimy przed pytaniem, czy nie mamy do czynienia ze śmiertelnym wrogiem całego rodzaju ludzkiego. W drugim zaś możemy obserwować jak ludzkość zaspokaja swoją potrzebę poczucia, że rzeczywistość podlega kontroli. Kontrola jest wtedy najlepsza, kiedy dotyczy wyimaginowanego przeciwnika. Podobnie jak potrzeba przeżywania strachu.

Artykuł ukazał się w Tygodniku Idziemy, a także na portalu Opoka

środa, 20 maj 2009

Reale, Scola - "Dialog o wartości człowieka"

Fronda.tv



O książce możesz przeczytać na stronie Centrum Myśli Jana Pawła II

piątek, 1 maj 2009

Święto pracy po chrześcijańsku

1 maja wziąłem udział w audycji w Radiu Józef. Razem z Mikołajem Foksem rozmawialiśmy o... benedyktynach. Dlaczego o benedyktynach? Odpowiedź jest prosta - Ora et labora. Zastanawialiśmy się czy benedyktyni są ojcami etosu pracy w Europie, czy i jaką mają rolę do wypełnienia dziś. Czy praca może istnieć bez modlitwy, a modlitwa bez pracy. Oprócz tego przypomnieliśmy, że to właśnie praca mnichów uratowała skarby starożytnego piśmiennictwa. Przez wieki benedyktyni byli ostoją życia liturgicznego w Kościele.

Przeczytaj Regułę św. Benedykta

środa, 29 kwiecień 2009

Christianitas 40


W sprzedaży dostępny jest numer 40 „Christianitas”, którego tematem głównym jest debata o obecności nurtu konserwatywnego w polskiej polityce obecnej doby.

ZACHOWYWAĆ, ALE CO ?


Debata „Christianitas”

Z Markiem Jurkiem i Kazimierzem Michałem Ujazdowskim rozmawiają Paweł Milcarek i Piotr Kaznowski

A także moje artykuły:
Karczowanie lasu. Alexis de Tocqueville i rewolucja.
oraz recenzje nowego wydania "Rozważań o rewolucji francuskiej" Edmunda Burke'a, książki Marcina Karasa "Z dziejów Kościoła. Ciągłość i zmiana w Kościele rzymskokatolickim w XIX i XX wieku", a także zbioru tekstów pod redakcją Jacka Kloczkowskiego "Realizm polityczny. Przypadek polski".

Spis treści numeru znajdziesz TUTAJ

środa, 11 marzec 2009

W Radio Euro o lefebrystach

W najbliższą niedzielę o 23 będę w Radio Euro rozmawiał o Bractwie Kapłańskim Świętego Piusa X. Moim współrozmówcą będzie ks. Marek Blaza SJ, audycję poprowadzi Mikołaj Foks.

Zachęcam do lektury listu jaki w sprawie niedawnych wydarzeń dotyczących czterech biskupów związanych z Bractwem napisał Papież.

czwartek, 5 marzec 2009

Przemienienie Pańskie - druga niedziela Wielkiego Postu


"Oto mój syn umiłowany, Jego słuchajcie" Marek 9, 2-10

środa, 4 marzec 2009

Człowieku, jesteś wielki


W numerze Tygodnika Powszechnego 10 (3113) [8 marca 2009] Ukazał się artykuł "Człowieku, jesteś wieki" poświęcony encyklice Jana Pawła II w 30. rocznicę jej publikacji. Napisałem go we współpracy z Jackiem Kaniewskim, teologiem, specjalistą od myśli średniowiecznej, kierownikiem Działu Badawczo-Edukacyjnego Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie, a także współpracownikiem Instytutu Tomistycznego.

Całość tekstu można przeczytać na stronie Tygodnika.

Zapraszam na stronę poświęconą encyklice przygotowaną przez Centrum Myśli Jana Pawła II

Poniżej brudnopis z którego materiał został włączony do artykułu.

Jan Paweł II w Encyklice Redemptor hominis podejmuje niezwykłą ilość wątków. Wielostronnie się one przenikają jednak wyraźnie poza kwestiami teologicznymi możemy rozróżnić wątek społeczny, a może szerzej jeszcze – refleksję nad kondycją człowieka w świecie współczesnym.

Kilka słów o języku

Czytając encyklikę Jana Pawła II po trzydziestu latach od jej powstania nie sposób pominąć wrażenia, jakie wywiera sposób artykulacji myśli przez papieża. Jest ona niewątpliwie zapisem stanu ducha ówczesnego Kościoła. Zarówno nadzieje jak i obawy tamtego czasu, które obserwujemy poprzez tekst, wydają się być już tak bliskie realizacji lub rozwiązania, że czytelnikowi udziela się ów nastrój podniosłego oczekiwania. Forma (ale także zawartość przypisów jakie czyni Jan Paweł II) przypominają jak nieodległe są jeszcze czasy Soboru Watykańskiego II i z jak wielkim entuzjazmem patrzono wciąż na słowa, które zostały zawarte choćby w zasadniczym tekście Soboru jakim jest Konstytucja Duszpasterska o Kościele Gaudium et Spes. Dzisiaj może się to wydawać dziwne kiedy Dokumenty Soboru są pewnego rodzaju oczywistością, kiedy oddychamy niezliczoną ilością opracowań na ich temat, kiedy duszpasterstwo już niejako bezwiednie posila się interpretacjami tego co ustalono podczas Vaticanum Secundum. Jednak czym innym jest nasze spojrzenie przez pryzmat „oczywistości” pewnego stylu myślenia w Kościele, a czym innym entuzjastyczne wręcz oczekiwanie, że nie tylko idee, pomysły ale sam język jakim posługiwał się Sobór przybliżają nas do tego co nazwano aggionamento. Nie jesteśmy wstanie dzisiaj, pod koniec pierwszej dekady XXI wieku odtworzyć napięcia doświadczanego pod koniec lat siedemdziesiątych w Kościele. W tym sensie język papieża Jana Pawła II z samego początku pontyfikatu pozostaje dla współczesnego czytelnika głównie znakiem minionej epoki.

Długi Adwent

Jak sądzę, dla zrozumienia stylu Redemptor hominis, zarówno w warstwie teologicznej, tak i społecznej - konieczne jest zauważenie nie tylko, wciąż nieodległych, budzących silne emocje w społeczności Kościoła, wydarzeń soborowych, ale także zbliżającego się Jubileuszu roku 2000, do którego papież nawiązuje na samym początku encykliki.. Tak jak na polu kościelnym Jan Paweł II wyczekiwał zjednoczenia chrześcijan, przełomowego kroku na drodze uleczenia ran Kościoła, tak w ramach „społeczności ogólnoludzkiej” encyklika Redemptor hominis pozostaje wyrazem przekonania o zbliżających się czasach braterstwa pod sztandarem praw człowieka. Na obraz owych dwóch czasowych cezur (Soboru i Jublileuszu) nakłada się jednak również fakt, że w wielu aspektach zarówno życia chrześcijańskiego jak i globalnego, ludzkiego - coraz bardziej trafne okazywało się rzucone przez Karla Rahnera określenie „zima”, która wypierało niedawną „wiosnę” wieszczoną przez papieża Jana XXIII. Analiza zarówno warstwy treściowej jak i literackiej encykliki prowadzi do wniosku, że to właśnie w Redemptor hominis Jan Paweł II objawił się w pełni jako dziecko polskiego romantyzmu, którego nadzieje nie podupadały pod naciskiem trudności, ale wręcz odzyskiwały żywotność i „zmartwychwstawały”. Ten zastrzyk romantycznej siły Jan Paweł II przekazał całemu Kościołowi.

Powyższe uwagi określają nam horyzont trudności w dzisiejszym całościowym przyjęciu przekazu Redemptor hominis. Zbliżenie ze światem ukształtowanym przez XX wieczny liberalizm, które wydawało się tak prawdopodobne trzydzieści lat temu dziś w znacznej mierze legło w gruzach. Wobec kryzysu samych praw człowieka i zasadniczego odchodzenia od pierwotnej ich interpretacji przez różnorodne organizacje międzynarodowe oczywiste staje się, że jesteśmy świadkami ujawniania się zasadniczego konfliktu pomiędzy pomiędzy katolicyzmem a wieloma wpływowymi nurtami intelektualnymi dzisiejszej kultury zachodniej. Nie wydaje się konieczne rozwijanie kwestii zmiany jaka nastąpiła w odniesieniu do postrzegania przez Kościół wydarzeń Soboru i Jublileuszu. Styl przekazu Wojtyły słusznie uznany za wielki „w swoim czasie” dziś w wielu fragmentach wydaje się być niezrozumiały poza środowiskami katolickimi.

Nie wszystko się zmienia

Po trzydziestu latach znajdujemy w Redemptor hominis analizy, które zachowały niezwykłą świeżość, a nawet zrozumienie ich przenikliwości jest możliwe dopiero w perspektywy dzisiejszych wydarzeń. Kiedy papież mówi o zniewoleniu człowieka przez jego własne wytwory, powinno być dla człowieka dnia dzisiejszego oczywiste jak wielkim zagrożeniem pozostaje zdominowanie ludzkiej komunikacji przez artefakty techniki utrudniające ten rodzaj komunikacji, który stoi u samych fundamentów trwania społeczeństw – głębokiego osobowego porozumienia.

Zagrożenia wynikające z hegemoni dyskursu ateistycznego w sferze publicznej, które pod koniec lat siedemdziesiątych mogły wydawać się aluzją do ustroju realnego socjalizmu państw Europy Wschodniej niespodziewanie znajdują się w samym środku problematyki w jaką zmaga nasz kontynent dzisiaj. Papież opisuje problematykę wolności religijnej niezwykle przejrzyście, jego sądy sformułowane w innym kontekście historycznym ujawniają obiektywną słuszność wykładanych zasad, gdy tylko przyłożymy je do przykładów dyskryminacji religijnej jakiej doświadczają chrześcijanie w krajach jeszcze do niedawna katolickich, protestanckich, czy prawosławnych.

Encyklika na czas kryzysu?

Nie sposób przeanalizować całego bogactwa treści jakie znajduje się w pierwszej encyklice Jana Pawła II. Zapewne najlepiej jest podjąć się samodzielnej lektury. Jednak jeszcze jeden aspekt wydaje się być warty poruszenia. Jan Paweł II bywa opisywany przez część publicystów jako „apostoł wolnego rynku”. Znamy to oblicze papieskiego nauczania w znacznej mierze przez pryzmat jego zmagań z ustrojem nakazowo-rozdzielczym. Jednak dzisiaj wobec nastrojów związanych z kryzysem finansowym, który w znaczniej mierze jest kryzysem systemu bankowego – filaru światowego ładu gospodarczego, trzeba przypomnieć, że Jan Paweł II pokazywał także inne oblicze refleksji nad ludzką ekonomią: „Zbyt często myli się wolność z instynktem indywidualnego czy zbiorowego interesu, lub nawet instynktem walki lub panowania (…). Sam postęp ekonomiczny z tym wszystkim co należy do jego tylko własnej prawidłowości winien być planowany i realizowany w perspektywie powszechnego i solidarnego rozwoju poszczególnych ludzi i narodów” (RH, 16, s.54)

Gdyby szukać obszarów, w których encyklika Redemptor hominis zachowała największą wartość to z całą pewnością należałoby odwołać się do jej diagnoz. Diagnoza, podobnie jak określenie tożsamości jest koniecznym punktem wyjścia do dialogu. Dotyczy to także dialogu Kościoła ze światem. Tam gdzie Jan Paweł II podejmuje trud rozważenia konkretnych zagrożeń współczesności tam jego myślenie owocuje przenikliwymi wnioskami, które nawet jeśli zanotowane językiem w wysokim stopniu ogólnym, mogą w pół drogi spotkać się z człowiekiem mijającej pierwszej dekady trzeciego tysiąclecia.