sobota, 27 września 2008

O sprawie Hryniewicza

Trudno nie zareagować na zamęt, jaki pojawił się ostatnio wokół artykułu ks. Wacława Hryniewicza, który przed kilkoma miesiącami wzbudził zaniepokojenie Kongregacji Nauki Wiary. Sprawa ta wypłynęła parę dni temu dzięki jednej z amerykańskich katolickich agencji informacyjnych.

Tekst ks. Hryniewicza stanowi krytykę watykańskiego dokumentu “Odpowiedzi na pytania dotyczace niektórych aspektów nauki o Kościele” z 29 czerwca 2007 roku. Wątpliwości Kongregacji wobec tego tekstu wzburzyły szczególnie tych, dla których ks. Hryniewicz jako „czołowy polski ekumenista” jest wielkim autorytetem i „przewodnikiem”. Chodzi oczywiście o środowisko „Tygodnika Powszechnego”. Głos w tej sprawie zabrał także abp Józef Życiński, a dla „Gazety Wyborczej” prof. Stanisław Obirek (który też jeszcze niedawno, dopóki nie zrzucił sutanny, był ważnym w Polsce kościelnym „autorytetem”).

W rzeczonym artykule zatytułowanym „Zbawiciel jest polifoniczny” nie znajdziemy wprawdzie najbardziej znanych twierdzeń księdza profesora, jak choćby o pustym piekle, czyli apokatastazie (twierdzenie to zostało potępione w roku 543 na Synodzie Konstantynopolskim jeszcze przed pierwszymi zasadniczymi podziałami w Kościele, o czym rzadko pamiętają miłośnicy tego „prawosławnego dogmatu”), ale za to możemy przeczytać nieco argumentów za chrześcijaństwem beztreściowym.

Głowną tezą tekstu wydaje się być twierdzenie, że „poprzez dialog uczymy się dzisiaj odkrywać coś więcej z tajemnicy Boga, która dla wszystkich jest rzeczywistością równie niepojętą”. Trudno nie zauważyć kolosalnej sprzeczności, jaka leży u podstaw tego twierdzenia. Jak możemy dialogować o czymś co „dla wszystkich jest rzeczywistością, równie niepojętą”? Dialogowanie w tym przypadku jest tylko bezsensownym mieleniem językiem.

Wydaje się, że dialogować mogli scholastycy (i, a jakże, robili to przecież wspaniale), ponieważ mieli przekonanie, że rzeczom i relacjom odpowiadają słowa, które w sposób adekwatny mogą je opisać. Podobny realizm cechował Ojców Kościoła, a także Apostołów. Z tego „dialogowania” poprzez wieki podczas soborów i synodów wykuwała się prawdziwa Tradycja Kościoła, czyli rozumne ustalenia co jest prawdą wiary a co nie.

Tymczasem ks. Hryniewicz wszystko to odrzuca i twierdzi, że „nie można czynić własnej tradycji miarą i normą całej szeroko rozumianej ekumenii”. Autor za punkt wyjścia przyjmuje bowiem protestancką antropologię, a także naukę o Kościele, którą streszcza w sformułowaniu, że wszyscy zbłądzili i wszyscy są zranieni.

To protestantyzm poprzez odłączenie od żywego korzenia Kościoła zasiał zwątpienie w poznawalność Boga i dziś zmierza do rozpuszczenia się w świecie. Pozostaje mu tylko rozpaczliwe wołanie, takie jak prof. Hryniewicza: „Najważniejszy jest wspólny zwrot w stronę Chrystusa i Jego Ewangelii!” To prawda, ale co to w praktyce znaczy jeśli odrzucamy dwa tysiące lat trwania jednego Kościoła w Kościele Rzymskim?

Ks. prof. Wacław Hryniewicz, atakując rzymską tradycję, szuka różnorodności wśród odłączonych. Tymczasem nie zauważa jak wielkie bogactwo duchowe pozostaje wierne pełnej i prawdziwej dogmatyce chrześcijańskiej, której powiernikiem i przekazicielem jest papiestwo. Nie chodzi tylko o różnorodność w samym Kościele rzymskokatolickim, ale o mnogość tradycji kościołów katolickich obrządków wschodnich. „Romanocentryczny” monolit Kościoła, przygniatający innych jest mitem – antyrzymskim resentymentem, a nie faktycznym opisem sytuacji.

Krytykowanie dokumentu najważniejszej z watykańskich kongregacji, jak pisze ks. prof. Hryniewicz, za to, że jest „próbą interpretacji Vaticanum II w duchu nauki przedsoborowej” jest nieporozumieniem. Zadaniem Kościoła jest przekazywać naukę „przedsoborową”, czyli naukę Apostołów, Ojców Kościoła, Trydentu i interpretować wszystko z perspektywy „przedsoborowej”. Punktem odniesienia jest bowiem Chrystus obecny przez wieki w realnie istniejącej wspólnocie wiary, która jest przekazywana od św. Piotra do dnia dzisiejszego. Dla Hryniewicza, tak jak dla protestantów Luter, ważniejszy jest jednak jeden z soborów i jego „twórcza kontynuacja”. Na tym właśnie przekonaniu, że wszystko można zaczynać od nowa opiera się zasada rewolucyjna, tak wroga rzymskiemu katolicyzmowi.

Żródło: Teologia Polityczna

0 komentarze: