Rzeczywiście nie znałem przywołanych powyżej poglądów Obamy, też nie chciałem się skupiać na tym problemie. To co mnie szczególnie zainteresowało to fenomen religii w Ameryce, przemian jej języka i funkcjonowania. Wiąże się z tym fakt, że dzięki Obamie pierwszy raz religia od niepamiętnych czasów pojawiła się w języku demokratycznej kampanii wyborczej w pozytywnym kontekście. Zadając pytanie, czy to Obama nie stanie się kandydatem katolików założyłem, że nie namówię nikogo do głosowania na jego osobę, ponieważ raczej nie ma w zasięgu Tygodnika Idziemy potencjalnych amerykańskich wyborców. Dlaczego w ogóle coś takiego zasugerowałem? Dlatego, że amerykańscy katolicy głosują na demokratów od dawna, a przynajmniej od czasów Johna Kennedy'ego. W poprzednich wyborach w 2004 roku mieliśmy zresztą kandydata katolika z partii demokratycznej Johna Kerrego i jego poglądy nie różniły się niestety w newralgicznych kwestiach od poglądów Obamy. To znaczy niuansował on swoja postawę mówiąc, że prywatnie jest przeciwko aborcji, ale publicznie musi reprezentować wszystkich demokratów i dlatego jest za... Moje pytanie było też trochę przekorne, ponieważ równocześnie z pisaniem tekstu już miałem informację, że katolicy w USA popierają Hilary Clinton. Dla pani senator i byłej Pierwszej Damy religia w ogóle nie jest interesująca, a jej poglądy, jeśli się nie mylę, są identyczne jak Baracka Obamy. Jedyny katolik w gronie kandydatów Rudolph Gulliani, jest raczej katolikiem tylko na papierze, jeśli będziemy pamiętać o tym, że jego obecna żona jest już trzecią z kolei, a liberalizm jego światopoglądu ( choćby w kwestii aborcji) oburza większość w Partii Republikańskiej, z której się wywodzi.
Swój tekst napisałem okiem socjologa przyjmując założenie "czego się można spodziewać", a nie "czego by należałoby się spodziewać". Katolicy amerykańscy raczej nie popierają republikanów, którzy przeważnie są przeciw aborcji i związkom homoseksualnym, ale za to za wojną i karą śmierci. Z pewnością nie zechcą poprzeć mormona ze względu na poligamię i ogólna niechęć do ich stylu życia, ani też innych protestanckich "nowonarodzonych". Wydaje się, że to nie jest katolicka mentalność, ta jest silnie osadzona w religii instytucjonalnej i racjonalizmie, a nie w pozostających poza sferą wolnego wyboru emocjach. Dlatego właśnie Obama ma szansę trafić do amerykańskich katolików. Język którego użył w swoim spiczu o religii znacznie bliższy jest analizom kardynała Ratzingera (np z debaty z Habermasem) niż temu jak podają swoim odbiorcom religię aż nadto charyzmatyczni teleewangelisci.

