poniedziałek, 21 stycznia 2008

Czy Barack Obama może być kandydatem katolików?

Po publikacji w Tygodniku Idziemy artykułu O religii w Ameryce, w którym na koniec zastanawiam się, czy Barack Obama nie stanie się kandydatem amerykańskich katolików, postawiono mi pytanie, czy ktoś kto jest za całkowitą legalizacją aborcji i związków homoseksualnych może liczyć na takie poparcie. Pytanie jest całkowicie zasadne i cieszę się, że padło, a ja z chęcią wytłumaczę się z tego co napisałem. Za swoje słowa biorę oczywiście odpowiedzialność.
Rzeczywiście nie znałem przywołanych powyżej poglądów Obamy, też nie chciałem się skupiać na tym problemie. To co mnie szczególnie zainteresowało to fenomen religii w Ameryce, przemian jej języka i funkcjonowania. Wiąże się z tym fakt, że dzięki Obamie pierwszy raz religia od niepamiętnych czasów pojawiła się w języku demokratycznej kampanii wyborczej w pozytywnym kontekście. Zadając pytanie, czy to Obama nie stanie się kandydatem katolików założyłem, że nie namówię nikogo do głosowania na jego osobę, ponieważ raczej nie ma w zasięgu Tygodnika Idziemy potencjalnych amerykańskich wyborców. Dlaczego w ogóle coś takiego zasugerowałem? Dlatego, że amerykańscy katolicy głosują na demokratów od dawna, a przynajmniej od czasów Johna Kennedy'ego. W poprzednich wyborach w 2004 roku mieliśmy zresztą kandydata katolika z partii demokratycznej Johna Kerrego i jego poglądy nie różniły się niestety w newralgicznych kwestiach od poglądów Obamy. To znaczy niuansował on swoja postawę mówiąc, że prywatnie jest przeciwko aborcji, ale publicznie musi reprezentować wszystkich demokratów i dlatego jest za... Moje pytanie było też trochę przekorne, ponieważ równocześnie z pisaniem tekstu już miałem informację, że katolicy w USA popierają Hilary Clinton. Dla pani senator i byłej Pierwszej Damy religia w ogóle nie jest interesująca, a jej poglądy, jeśli się nie mylę, są identyczne jak Baracka Obamy. Jedyny katolik w gronie kandydatów Rudolph Gulliani, jest raczej katolikiem tylko na papierze, jeśli będziemy pamiętać o tym, że jego obecna żona jest już trzecią z kolei, a liberalizm jego światopoglądu ( choćby w kwestii aborcji) oburza większość w Partii Republikańskiej, z której się wywodzi.
Swój tekst napisałem okiem socjologa przyjmując założenie "czego się można spodziewać", a nie "czego by należałoby się spodziewać". Katolicy amerykańscy raczej nie popierają republikanów, którzy przeważnie są przeciw aborcji i związkom homoseksualnym, ale za to za wojną i karą śmierci. Z pewnością nie zechcą poprzeć mormona ze względu na poligamię i ogólna niechęć do ich stylu życia, ani też innych protestanckich "nowonarodzonych". Wydaje się, że to nie jest katolicka mentalność, ta jest silnie osadzona w religii instytucjonalnej i racjonalizmie, a nie w pozostających poza sferą wolnego wyboru emocjach. Dlatego właśnie Obama ma szansę trafić do amerykańskich katolików. Język którego użył w swoim spiczu o religii znacznie bliższy jest analizom kardynała Ratzingera (np z debaty z Habermasem) niż temu jak podają swoim odbiorcom religię aż nadto charyzmatyczni teleewangelisci.
Tak wygląda z mojej perspektywy uzupełnienie do artykułu, który można przeczytać w Tygodniku Idziemy. Chciałem w nim zaprezentować pokrótce zmianę klimatu jak nastała w perspektywie rozumienia religii (pomimo zastrzeżeń co do istoty poglądów) wśród demokratów.

piątek, 18 stycznia 2008

Amerykańskie wybory w Tygodniku Idziemy

Zapraszam do przeczytania nowego numeru Tygodnika Idziemy 3(124). Tam mój artykuł poświęcony amerykańskim wyborom i ich religijnemu aspektowi.
Życzę miłej lektury.

Zapraszam też na stronę poświęconą kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych Ameryka Wybiera moderowaną przez Warsztaty Analiz Socjologicznych.

czwartek, 10 stycznia 2008

Tu była lewicowa hegemonia, a co będzie teraz?

Niedawno czytałem artykuł Artura Bazaka Trzy wcielenia lewicowego intelektualisty (Teologia polityczna nr 4). Autor analizuje w nim przemiany paradygmatu intelektualnego, jakie jego zdaniem dokonały się w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat w środowiskach polskiej inteligencji. Sytuację definiuje on jasno - polska inteligencja w przewadze jest lewicowa. Tekst ten nie jest specjalnie odkrywczy (ponieważ powtarza wiele wątków artykułu Dariusza Gawina, Marzec 1968 - potęga mitu ), ale też jednak pewne sprawy na nowo porządkuje. Głównymi bohaterami są Leszek Kołakowski, Adam Michnik i Sławomir Sierakowski. Postać Sierakowskiego przechodzi zresztą w tekście Bazaka w całe środowisko Krytyki Politycznej , jako uosobienie trzeciej generacji lewicowego inteligenta. Pojawia się też w tekście Bazaka Kinga Dunin, którą można by określić jako nieco podstarzałą młodą inteligencję. Właśnie ten moment artykułu zwrócił moją uwagę. Skrzyżowały się w nim dwie sprawy: cytowane wypowiedzi lewicowej publicystki, a także cały "świat przedstawiony" artykułu opisujący niesłychane ewolucje polskiej lewicy znajdujące ciągłość własnych intelektualnych ścieżek w całkiem przeciwnych postawach i działaniach. Kilka tygodni temu (8 grudnia 2007) Europa dodatek do Dziennika opublikował wywiad z Kingą Dunin pod tytułem Tu nie było lewicowej hegemonii i na tym tytule chciałbym się skupić. Dunin opowiada o swojej drodze do lewicowości w czasach PRL, o tym że nikt wtedy nie był zasadniczo wrogiem Kościoła, że Kościół to była siła, a ona chciała być socjaldemokratką. Wszystko to piękne. Po 1989 roku Kościół dalej był silny i choć rządziła też lewica (SLD) to co to była za lewica, która popierała liberalne reformy gospodarcze. Wniosek wydaje się naprawdę prosty - Tu nigdy nie było lewicowej hegemonii. Coś jednak w tym krajobrazie nie gra. Zupełnie ostatnio bp Tadeusz Pieronek stwierdził, że lewica powinna siedzieć cicho bo miała już swój czas, a teraz powinna wziąć się do pracy (na przykład przy krowach) i zarabiać na chleb. I rzeczywiście przecież kiedy po 1945 roku władza radziecka weszła do Polski, była jasno określana jako władza komunistyczna, lewicowa, a polscy intelektualiści pisywali do siebie, że wreszcie ciemnogród kolbami sowieckich karabinów zostanie Polakom z głów wybity (Kroński do Miłosza). Wszystko pasuje do siebie: postęp przeciwstawiony - ciemnogrodowi, idea radykalnych zmian w celu detradycjonalizacji zachowań społecznych itp. Ale zaraz, co do tego ma Kinga Dunin, ktoś mógłby zapytać? Przecież Kołakowski walczył z prosowieckim (komunistycznym) betonem, to Adam Michnik walczył o z rządem ludowym o demokrację, a Kinga Dunin ze swoim środowiskiem dość ostro krytykuje Sojusz Lewicy Demokratycznej i chroni demokrację przed homofobią, rasizmem. Oto ciągłość lewicowej tradycji. A jednak problem nie znika. Przed Kołakowskim, nieco wcześnie zrewoltował się Lenin (przeciw, któremu w pewnym sensie zrewoltował się Kołakowski) doprowadzając do zagłady carską rodzinę i państwo rosyjskie. Lenin też należał do lewicy. Zamienił nieludzki system na jeszcze bardziej nieludzki. Pisma Lenina we współczesnej Polsce, jako niezwykle istotne dzieło intelektualne wznowiła Krytyka Polityczna, która jednak, choćby w osobie Kingi Dunin zapomina, że pięćdziesiąt lat reżimu w Polsce zawdzięczamy doktrynom lewicowym marksowsko-leninowsko-stalinowskim i ich praktykom. Jeżeli Lenin ze Stalinem się pomylili, nie wracajmy do nich. Kiedy jednak wznawia się teksty Lenina nie da się już powiedzieć - To nie nasza lewica, ta która rządziła Polską po 1945 i jest odpowiedzialna za zbrodnie stalinizmu i inne. Odpowiem więc - Tu była lewicowa hegemonia, której sprzeciwiała się tradycja polska i w znacznej mierze Kościół. I to właśnie ta lewicowa hegemonia fundowała nam ciągle poprawki do do własnych doktryn, które zbyt często okazywały się tragiczne w skutkach dla konkretnych ludzi. Czy trzeba było przechodzić przez stalinizm, żeby Leszek Kołakowski przyznał, że chrześcijaństwo jest nierozłączne z kulturą europejską? A przecież ta jego postawa sprawiła, że od dawna jest przez nową lewicę nie chciany, może poza starzejącą się lewicą chrześcijańską. Chciałbym też wiedzieć dokąd zmierza dzisiaj lewica, do jakiego kolejnego przełomu. Kiedy zacznie działać w zgodzie z rzeczywistością zamiast wszystko rewoltować. Kiedy zacznie zajmować się prawdziwym w Polsce ubóstwem, a nie tylko seksualnym problemami zamożnych i znudzonych?

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Wspólnota Błogosławieństw: jeszcze dwa lata "ad experimentum"

W grudniu 2007 minęło pięć lat od czasu kiedy Wspólnota Błogosławieństw (strona polska) otrzymała, na zasadach ad experimentum, zatwierdzenie swoich statutów. Oczekiwania był duże, to znaczy spodziewano się, że te pięć lat wystarczy, eksperyment się powiedzie w pełni i Wspólnota otrzyma całkowitą już akceptację. Jednak jak mówił o. Bernard-Marie z domu Wspólnoty na południu Francji (Chateau St.Luc), kiedy rozmawialiśmy z nim telefonicznie kilkanaście dni temu -Kościół jest mądrzejszy od wszystkich swoich dzieci. Skończyło się jak na razie tym, że okres ad experimentum został wydłużony o dodatkowe dwa lata, a Wspólnota ma przed sobą ogromną pracę do wykonania.
We Wspólnocie żyją osoby wszystkich stanów życia jakie zna Kościół: od pustelników po rodziny. Chociaż, szczególnie w ostatnich latach, niezwykle dbano o właściwe miejsce wszystkich grup, Wspólnotę czeka prawdziwa reorganizacja. Pierwszy problem dotyczy braci i sióstr noszących habity, którzy jednak nie składają ślubów publicznych, a jedynie prywatne, co oznacza, że pozostają konsekrowanymi świeckimi i nie przysługuje im habit. Albo więc zrzucą stroje zakonne, albo Wspólnota będzie musiała założyć odpowiednie Instytuty podlegające już nie władzy kościelnej ds. świeckich, ale odpowiedniej władzy ds. życia monastycznego. Znając tożsamość osób noszących habity we Wspólnocie Błogosławieństw spodziewam się raczej tego drugiego rozwiązania. Zarzut, że mnisi i mniszki, są tylko "fałszywymi" mnichami, ponieważ zachodzi pomieszanie tożsamości, nie jest więc bezzasadny. Ta zmiana oznacza też, że od tej pory trzeba będzie wyznaczać oddzielne budynki dla konsekrowanych. Zmieni się także struktura władzy Wspólnoty. Jeśli zaistnieją osobne Instytuty dla braci i sióstr konsekrowanych, dla konsekrowanych świeckich, księży i rodzin, Wspólnota stanie się pewnego rodzaju konfederacją Instytutów podległych różnym władzom kościelnym. Dzisiaj jest jeden moderator generalny podlegający Radzie Pontyfikalnej ds. świeckich i jej przewodniczącemu Stanisławowi kardynałowi Ryłce. Również rodziny mają zostać "wypchnięte" z dotychczasowych struktur domów wspólnotowych. Propozycja jest taka by tworzyć osiedla wspólnotowe, tzn. by rodziny zamieszkiwały maksymalnie blisko centralnego domu i kaplicy, ale jednak w osobnych domach. Przykład takiego osiedla wspólnotowego stanowi zresztą dom Wspólnoty w Libanie. W miastach podobnie działa Wspólnota Chemin Neuf, która w Lyonie wykupiła całą ulicę na domy i mieszkania dla rodzin. Oczywiście wymaganie te wprawiły Wspólnotę w wielki zamęt, ponieważ oznaczają zmianę sposobu, życia. Jednocześnie nie odbiegają one poglądowo od różnych głosów jakie już dawniej odzywały się we Wspólnocie. Podstawą istnienia Wspólnoty zgodnie z chryzmatem i pragnieniem założyciela jest rodzina, więc to rodzina musi być rzeczywiście silna i zakorzeniona w świecie, odpowiedzialna za siebie, mogąca się samodzielnie utrzymać.
Jeśli Les Beatitudes przejdą pomyślnie próbę najbliższych dwóch lat staną się wewnętrznie mocniejsi i wtedy być może będzie to najlepszy moment by powstał pierwszy dom w Polsce.

W oficjalnym komunikacie Wspólnota prosi o modlitwę na tę drogę, która przed nią w najbliższych latach. Jako członek Rodziny Błogosławieństw gorąco też proszę wszystkich o modlitwę o światło Ducha Świętego i mądrość dla wszystkich członków Wspólnoty.

[Aktualizacja 20.11.2009: zapraszam do lektury artykułu po kapitule z października 2009 na polskiej stronie Wspólnoty i tym blogu]