piątek, 20 czerwca 2008

o. Nikodem ze Wspólnoty Błogosławieństw w Warszawie

Środa i czwartek to były ważne dni dla warszawskich przyjaciół Wspólnoty Błogosławieństw. Odwiedził nas o. Nikodem - odpowiedzialny za kontakty z Polską. Nikodem jest pierwszym polskim kapłanem we Wspólnocie i oficjalnie reprezentuje Wspólnotę w Polsce. We środę najpierw odbyło się spotkanie robocze, na którym rozmawialiśmy o tym w jaki sposób Wspólnota mogłaby zaistnieć w naszym kraju, a także jaka formacja jest możliwa w sytuacji kiedy nie ma domu wspólnotowego, a jedynie niewielka fraternia i grupa sympatyków. Jakie będą praktyczne konsekwencje tych rozmów - zobaczymy. Niestety nie doszło do spotkania z biskupem - w dużej mierze ze względów organizacyjnych zaistniałych w związku z obradami Konferencji Episkopatu Polski. Co nie udało się teraz będzie możliwe prawdopodobnie na jesieni, podczas kolejnej wizyty o. Nikodema. Nadzieja na regularne wizyty kapłana ze Wspólnoty jest jedną z najważniejszych spraw jakie przyniosły ostatnie dni.
Po spotkaniu roboczym odprawiona została msza święta, dzięki uprzejmości dominikanina o. Marcina Mogielskiego, duszpasterza z klasztoru przy Freta 10, który udostępnił na tę okazję kaplicę duszpasterstwa. Śpiewy wspólnotowe, które animowali nasi przyjaciele na codzień śpiewający w zespole Mirabilia Musica, zabrzmiały naprawdę pięknie. Wieczór został zwieńczony spotkaniem przy herbacie, kawie i cieście w nieco szerszym gronie, które opowiadało o swoich doświadczeniach ze Wspólnotą.
Czwartek był dniem zaplanowanych spotkań o. Nikodema, a także pracy nad oficjalną stroną internetową w języku polskim, która prezentowałaby charyzmat, historię i działalność Wspólnoty. Takiej oficjalnej informacji bardzo potrzeba.
Wieczorem o. Nikodem wyjechał do Katowic skąd samolot zabrał go do Sydney na Światowe Dni Młodzieży, gdzie Wspólnota wyznaczyła mu posługę.

czwartek, 19 czerwca 2008

Nienarodzeni giną


Panie co będzie z grzesznikami!

św. Dominik Guzman


Publiczny spektakl wokół uśmiercenia dziecka Agaty to nie tylko sprawa GW, ale mogliśmy dzięki niej oglądać ostatnio oblicze śmierci.

Do tragedii przyczyniła się także minister Kopacz - jak sama przyznała w audycji telewizyjnej - która uważa się za osobę wierzącą.

Być może jest to sprawa, którą powinny zainteresować się władze kościelne.

List do wysłania informujący o możliwości zaciągnięcia ekskomuniki przez Panią minister można pobrać tutaj .

sobota, 14 czerwca 2008

Zapiski nie z tego świata

Południowa Francja. Departament Tarn. Archidiecezja Albi. St. Paul Cap de Joux, niewielkie miasteczko przy linii kolejowej Tuluza – Mazamet. Tam niedaleko w Mazamet, kończą się już tory. Jest niedziela, towarzyszy nam piękna pogoda, słońce niemal w zenicie i lekki grudniowy wiatr. Jednak to zupełnie inny grudniowy wiatr niż w Polsce. Dla nas mieszkańców Północy jest tu nadzwyczajnie ciepło. Dochodzi godzina jedenasta, czas sumy – niedzielnej mszy. Razem z żoną i naszymi przyjaciółmi ze Wspólnoty Błogosławieństw dojeżdżamy furgonetką służącą jako niewielki autobus, do centralnego skweru, przy którym znajduje się wysoka wieża gotyckiego kościoła. Miasteczko jest charakterystyczne dla tego regionu Francji, zbudowane głównie z szarego kamienia, który w letnim słońcu nabiera piaskowej barwy. Nowych budynków jest bardzo niewiele. Nad wszystkim, niezmiennie od wieków, dominuje bryła gotyckiej świątyni. Według naszych, polskich wyobrażeń nie pasuje ona do tej niewielkiej, zapomnianej osady. Pośród dość ubogiej architektury strzelista budowla robi duże wrażenie. Mogłaby być dumą starówki średniej wielkości miasta w Polsce. A St. Paul? Z perspektywy centrum, czyli paryskich niepokojów, demonstracji, rozruchów i polityki znaczy tyle co nic – wioska na dalekim południu, gdzie ludzie mówią z ostrym, niemal hiszpańskim akcentem. Kilkanaście dni wcześniej, gdy kupowaliśmy bilet kolejowy do pobliskiego i porównywalnego wielkością Vielmur, razem z żoną, byliśmy zmuszeni by kilkakrotnie przeliterować tę nazwę, ponieważ paryski sprzedawca na Dworcu Austerlitz nigdy nie słyszał o istnieniu takiego miasta, a tym bardziej był zdziwiony, że znajduje się tam dworzec kolejowy.

Gdy szukamy wolnej przestrzeni parkingowej dla naszego fiata wciąż przyglądam się kościołowi i myślę także o tym, że w Polsce jeśli jakiś obiekt został zbudowany w stylu gotyckim to uznajemy go za rzeczywiście stary i z niejaką dumą wspominamy historię. Tak jest nad Wisłą, ale tutaj...? Dla Francuzów ten późny gotyk to naprawdę nic wielkiego. Gdy pytam ich o wiek kościoła bez emocji odpowiadają, że nie są pewni, ale że to z pewnością „jakieś średniowiecze”. Ufam ich zdaniu, wewnętrznie czuję się przymuszony do tego. Gdyby okazało się, że jednak są w błędzie, że oglądamy jedynie neogotycką imitację, zachwyt, którego nie potrafię ukryć, wydałby im się jeszcze bardziej niezrozumiały. Ostatecznie nie sposób nie przyznać im racji w tej obojętności. Wystarczy wspomnieć kilka tysięcy budowli romańskich jakie można oglądać w ich kraju. Cóż znaczy wtedy gotyk? Tutaj liczy się tylko kilka jego najwybitniejszych przejawów. A w Polsce? Istnieje zaledwie garść romańskich drobiazgów, rozproszonych, zapomnianych, często zanieczyszczonych niskiej jakości barokiem. Czy w tym ubóstwie moglibyśmy odrzucić gotyk? Francuscy katolicy, gdy wspominają rzeczy minione mówią raczej o Ireneuszu z Lyonu, który jest dla nich w jakiś sposób francuski. Niezależnie od tego ile jest prawdy w ich przekonaniach wznoszą one owe wspomnienia na nieosiągalny, mityczny, niemal nierzeczywisty, dla mnie Polaka, poziom. Jakaż to pamięć, która swoim zasięgiem obejmuje jednego z najznakomitszych Ojców Kościoła! Uświadamiam sobie, że z nadwiślańskiej perspektywy, to już nie jest pamięć, ale opowieść przedhistoryczna, której będąc Słowianinem właściwie nie potrafię w pełni zrozumieć i potraktować jako prawdziwej. Nie dlatego jednak, że Ireneusz nie był Francuzem, ale dlatego, że trudno jest porzucić myśl, by mój lokalny świat razem z jego określonym porządkiem nie był równocześnie światem w ogóle, i że to co sytuuje poza nim również może być rzeczywiste. Nawet jeśli staję wobec nieodpartych potwierdzeń tego faktu. Katolicka część mojej tożsamości, której chętnie daję pierwszeństwo, rozumie perspektywę francuską, razem z jej obojętnością wobec przeciętnego gotyku i żywą pamięcią o Ireneuszu, jednak ze zrozumiałych względów w dalszym ciągu mój punkt widzenia nie jest francuskim punktem widzenia. Względne porozumienie to przecież wynik wspólnej, mojej i francuskiej, przynależności do uniwersalizmu katolickiego, a nie odczucie tożsamości z jedną, partykularną historią narodu w ramach tego uniwersalizmu. Co pozostaje wobec tego? Rozdarcie, jakieś specyficzne rozdarcie, bo przecież rozeta na froncie kościoła w St. Paul Cap de Joux, której właśnie się przyglądałem, dla Francuzów nudna, jest siostrą, mimo że uboższą, rozet z katedr Paryża, czy Chartres, zapierających dech w piersiach samym faktem swojego istnienia. Oglądanie ich, szczególnie myślę tu o Chartres, przypomina zetknięcie w sensie materialnym z tym co uchodzi za mityczne lub w najlepszym razie „duchowe” A dla mojej pamięci gotyk to wysiłek, to spoglądanie w przeszłość tak daleką, że niemal nieosiągalną. Głębiej mogę odnaleźć jeszcze tylko tych kilka romańskich budowli rozrzuconych po polskiej ziemi, a potem pustka, nic. Przypominam sobie pielgrzymkę właśnie do Chartres, gdy przemierzając łąki otaczające miasto nie widziałem jego samego, ponieważ jest skryte w kotlinie, w polu widzenia pozostała jedynie wyrastającą z horyzontu smukła katedra. Jestem niemal pewien, że doświadczałem wtedy tej fascynacji i lęku, które spotykało średniowiecznego pielgrzyma widzącego już kilka dni wcześniej cel swojej podróży (katedra jest widoczna w promieniu około dwudziestu kilometrów) tak różny od otaczającego go krajobrazu i wszystkiego co znał, że właściwie i ten krajobraz i ta świątynia musiały wydawać się nierzeczywiste. Mnie wydawały się takie z całą pewnością. Jak baśń oglądana w kinie A jednak z każdym krokiem przybliżałem się do momentu dotknięcia tego co we mnie niemożliwe, ale przecież realne, namacalne. Wciąż miałem świadomość oglądania spraw stycznych, a może nawet przekraczających granicę pamięci wspólnoty narodowej, którą noszę w sobie i z której się wywodzę. Tam w Chartres oczywistym stało się dla mnie, że coś co przychodzi zupełnie spoza mnie samego, może być całkowicie realne. Gdy patrzę na kościół w St. Paul fascynacja i lęk nie słabną wiele mimo uboższej formy. Poczucie bliskości tego co uważałem za niemożliwe pozostaje. Nie wiem gdzie jest źródło tego wszystkiego, zaczynam za to rozumieć inną sprawę: to co ze względu na radykalną odmienność od mojego dotychczasowego doświadczenia wydawało się niemożliwe, okazuje się prawdą przychodzącą z innego świata. Poznanie tego innego świata jest możliwe tylko przez przekroczenie granic własnego świata i jego uporządkowania. Być może ta różnica pomiędzy światami jest właśnie źródłem prawdy. Empirycznie nie jest to możliwe do potwierdzenia. Dotrzeć do niej można tylko przez własne podmiotowe doświadczenie, które jest nieredukowalne do żadnej teorii, ale które pozostaje przekazywalne jeśli tylko zechcemy je sobie wzajemnie opowiadać.

Niestety kościół w St. Paul jest zaniedbany i zwyczajnie brudny. To także przejaw francuskiej rzeczywistości. Stan miejscowej świątyni zwykle świadczy o stosunku merostwa do religii lub zabytków. W St. Paul nie jest z tym najlepiej. Wtedy też przypominam sobie własną niechęć do wszechobecnych w Polsce barokowych kościółków, nawet tych odnowionych, nawet tych, w których wciąż gromadzi się żywy Kościół. I ten barok mnie często odstrasza. Być może tak samo odstrasza Francuzów ten gotyk, we mnie budzący wciąż na nowo fascynację i lęk, nieodzowne uczucia religijnej duszy.

W St. Paul, w okolicy kościoła, w niedzielne przedpołudnie gromadzi się kilkadziesiąt samochodów, sporo też ludzi wchodzi do wnętrza. Od samego początku można dostrzec różnice pomiędzy Kościołem francuskim a polskim. Tuż przy wejściu zauważam kilka półek wypełnionych śpiewnikami, z których korzysta się w czasie nabożeństw. Nikt widać nie obawia się kradzieży. Rzeczywiście zeszyty z pieśniami przed mszą znikają, a po mszy wracają na swoje miejsce. Cała liturgia i śpiew jest animowana przez chór parafialny, którego próbę można usłyszeć jeszcze przed samą mszą. Z tego co zdołałem zaobserwować ksiądz nie obawia się, nawet zza ołtarza, kierować jego poczynaniami. Są też inne zaskoczenia, w moim odczuciu pozytywne. Nie sprawdzają się czarne opowieści o eksperymentach z mszą świętą. Ołtarz znajduje się na swoim miejscu, naczynia liturgiczne tradycyjne, pięknie zdobione, prawdopodobnie pamiętające dawne czasy. Nie dostrzegam żadnych ekstrawagancji, a nawet wydaje się, że nastrój przed mszą jest bardziej podniosły, skupiony i świąteczny niż w polskich kościołach. I rzeczywiście różnice są duże wobec rozpowszechnionych w naszym kraju przekonań o sytuacji liturgii na Zachodzie. Później mam szczęście rozmawiać na ten temat z pewną Francuską, której mąż jest polskim dyplomatą. Ona opowiada mi, że jeszcze dwadzieścia lat temu wielu katolików z Francji jeździło do Polski tylko po to by zobaczyć, jak naprawdę wyglądać msza, jakie jest właściwe zachowanie, jakie są zasady rytu rzymskiego. „Księża po prostu wariowali, a im mniej wiernych przychodziło do kościoła tym bardziej strach było do niego pójść, bo nikt nie wiedział jaka nowinka będzie serwowana.” Dalej opowiada, że teraz jest lepiej i już dużo rzadziej zdarzają się szaleństwa. Kończy stwierdzeniem „Bardzo pomogła konsekwencja w nauczaniu Jana Pawła II” i kiedy ona to mówi widzę, że nie jest to tylko kurtuazja wobec rozmówcy. Zastanawiające jest jej stwierdzenie „Nie jest dobrze, że w Polsce ludzie nie przyjmują już Pana Jezusa na kolanach, u nas tez przecież zaczęło się od tego, świadomość sacrum bardzo na tym ucierpiała”. Gdy rozpoczyna się msza i z zakrystii wyłania się celebrans przez chwilę mam wrażenie, że zaraz będziemy mieli do czynienia z rytem trydenckim. Cała oprawa: kościół, śpiewy, naczynia liturgiczne i wreszcie przepyszny ornat, wyraźnie sprzed Soboru Watykańskiego II, wydają się na to wskazywać. Wrażenie rozwiewa się dopiero, gdy ksiądz odwraca się za ołtarzem twarzą do wszystkich, czyni znak krzyża wypowiadając przy tym modlitwę po francusku. Dalszy ciąg przynosi kolejne miłe niespodzianki, francuski przetykany jest łaciną, nawet wyznanie wiary jest po łacinie, czego nie spotyka się w polskich kościołach chyba nigdzie. Zupełnie to inne od opowieści jakie nie raz słyszałem na temat francuskich katolików, że nie diabeł wzbudza w nich lęk, ale choćby najdrobniejsze elementy łacińskie w liturgii. Homilia również zaskakuje, słychać w niej mocne słowa, krytykę rozmiękczania przesłania chrześcijańskiego i prób upodabniania głosu Kościoła do oczekiwań świata. Nie ma wspomnienia różnych absurdalnych teorii biblijnych lub antropologicznych, mówiących choćby, że apostołowie byli kobietami, a rola św. Józefa, jako męża Maryji wskazuje na marginalne zadanie mężczyzn nie tylko w historii zbawienia, ale nawet przedstawia ich jako niekoniecznych dla współtworzenia rodziny - przecież poczęcie dokonało się bez jego udziału. Teorie te ignorują fakt, że, jak pisze św. Mateusz, „Mąż Jej, Józef, był człowiekiem sprawiedliwym” co dla Żydów oznaczało świętość. Józef był więc obrazem Boga, Jego cieniem, kimś idealnie do Niego dopasowanym. Słowa francuskiego proboszcza z St. Paul brzmią niezwykle otrzeźwiająco: „Pytanie bowiem brzmi: czy mamy zmieniać się w zgodzie z Ewangelią, czy też zmieniać Ewangelię?”

Nie wszystkie obserwacje są pozytywne. Najbardziej zasmuca wiek francuskich chrześcijan, przynajmniej tych którzy chodzą do kościoła. Wrażenia są zupełnie inne niż te, których mogłem doświadczyć w czasie nabożeństw organizowanych choćby przez tzw. nowe wspólnoty, gdzie młodych jest dużo, a nawet przeważają. W parafii, do której jeździmy razem z braćmi i siostrami ze Wspólnoty Błogosławieństw średnia wieku wydaje się sięgać nawet osiemdziesięciu lat. Oczywiście, gdy przyglądam się dokładniej widzę też ludzi starszych, ale jeszcze nie aż tak starych, gromadzi się tez nieco osób w średnim wieku. Jednak to wrażenie Kościoła staruszków nie przestaje mi towarzyszyć. Nie potrafię tego zrozumieć, choćby dlatego, że liturgia w tym zwykłym parafialnym kościele jest rzeczywiście piękna, a jednak nie przyciąga młodych. „Młodzi idą w świat i to on ich raczej pociąga, a nie Kościół”, można usłyszeć. Przez większą część mszy nie opuszcza mnie przekonanie, że razem z żoną jesteśmy najmłodszymi uczestnikami Eucharystii! A jednak w chwilach ciszy, które są przecież tak ważnym elementem liturgii, docierają do mnie dźwięki zupełnie sprzeczne z tym co przekazują mi oczy: płacz, kwilenie, tupanie. A więc są i dzieci! W kilku pierwszych ławkach siedzi sporo młodych małżeństw z pokaźną grupką swoich pociech. Dowiaduję się jednak, że we Francji są to zwykle ludzi zaangażowani w życie Kościoła, należący do wspólnot religijnych, albo sytuujący się bardzo blisko nich. Zadziwiająca jest ta przepaść pomiędzy zupełną, przynajmniej z pozoru, sekularyzacją jednych, a całkowitym i szczerym życiem wiarą Kościoła drugich. Ci nieco starsi Francuzi zauważają jednak, choćby opowiadając o swoich dzieciach znajdujących się gdzieś daleko od Kościoła, że młode pokolenia niezwykle poważnie traktują swoje poszukiwania, orientujące się gdzieś pomiędzy ezoterycznymi wyznaniami Wschodu, a scjentystycznymi sektami amerykańskimi. Takie dwa zasłyszane zdania zapamiętałem: „Chrześcijaństwo jest dla starych” oraz „Młodzi pytają się nas jak można dzisiaj wierzyć w Jezusa”. Znów odczuwam jakieś pęknięcie, ponieważ rozumiem ból zawarty w tych stwierdzeniach, a jednocześnie noszę w sobie nadzieję, która mówi mi: „jeśli dziś w ogóle można jeszcze wierzyć to tylko w Jezusa”. Przypomina mi się też pewien młody Francuz, dobrze opłacany pracownik firmy doradczej, wyzwolony od „przesądów religijnych”, który na swoim biurku trzymał piramidkę z masy plastikowej. Trzymał ją tam ponieważ, jak twierdził, przyciągała „dobrą energię” poprawiająca wyniki w pracy. Wobec tego wszystkiego nie sposób uciec od słynnego stwierdzenia Chestertona mówiącego, że kto nie wierzy w Boga ostatecznie wierzy we wszystko.

Cztery miesiące później. Cuq-les-Vielmur, kilkanaście kilometrów od St.Paul Cap de Joux. Zamek Świętego Łukasza, będący jednym z domów Wspólnoty Błogosławieństw. W czasie Paschy jest tu zwyczaj by pozdrawiać się słowami „Chrystus zmartwychwstał”. Właściwą odpowiedzią są słowa „Prawdziwie zmartwychwstał”. Jest nas w kaplicy domu około dwudziestu osób reprezentujących różne narodowości: Francuzi, Polacy, Węgierka, mieszkanka odległej Martyniki, biali i czarni. Ale tu rzeczywiście „nie ma Żyda, ani Greka”. Wszyscy wymieniamy się tym pozdrowieniem i uściskami. Znowu doświadczam świadomości oglądania czegoś co przekracza granicę pamięci wspólnoty, którą noszę w sobie i z której się wywodzę. Tym razem jednak ta pamięć jest przekroczona ku przyszłości nie jak w przypadku starych kościołów ku zamierzchłej przeszłości. Ta pamięć jest przekroczona, gdyż każda relacja z żywym Innym jest przekraczaniem pamięci ku Jego przyjściu, ale to także przez pamięć Inny doprowadza nas do tego co nieskończone, do samego Innego, do samej radykalnej różnicy tkwiącej w miłości Boga do człowieka, uczącej nas ciągle rzeczy nowych, przychodzących z innego świata.


Opublikowane w Res Publica Nowa 3/2006 lato

Polską stronę Wspólnoty Błogosławieństw znajdziesz pod adresem www.wspolnotablogoslawienstw.pl

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Litera Soboru, duch Lutra?

Pewna wykładnia Soboru Watykańskiego II, jest mi szczególnie bliska. Można ją w skrócie przedstawić jako czytanie tekstów soborowych zamiast wsłuchiwania się w tzw. ducha soboru. Rzeczywiście, tak wiele zmian w ostatnich czterdziestu latach usprawiedliwiano w Kościele tym duchem, że trudno podchodzić dzisiaj poważnie do tego typu sformułowań. Jakoś zbyt łatwo duch soboru bywał ważniejszy od ducha Ewangelii, która jest fundamentem kościelnej tradycji (trudno inaczej nazwać wszystkie czary jakie odprawiano na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nad tradycyjną mszą, by jej ostatecznie bezprawnie zakazać). Jednak z wszelkim duchem jest kłopot. Mamy przecież jeszcze ducha dziejów, a także ducha tego świata. W obszarze słowa mówionego i pisanego duchy się nieustannie ludziom mylą, mieszają się w głowach. Co można mieć jednak przeciwko takiemu czytaniu pism soboru, który chce po prostu uczciwie rozstrzygnąć sprawę, jasno określić co stoi w pismach, a co rozegrało się później pomiędzy ludźmi, wśród ich namiętności, polityki, polityk, czy wręcz manipulacji. Mimo to odczuwam, że istnieje jakiś problem w tym rozumowaniu. Być może jest on wyimaginowany, w tym sensie że potrzeba właściwego rozłożenia akcentów Tradycji. Nie zmienia to faktu, że interpretując ostatni sobór nie mogę pozbyć się tej niepewności, którą odczuwam choćby podczas zmagań z argumentacją Anzelma za istnieniem Boga. Niby wszystko jasne, ale w sumie problematyczne.
Kiedy u schyłku wieków średnich rodziła się w Kościele i świecie (a świat to była Europa z opłotkami) świadomość historyczna i wielkimi krokami zbliżała się epoka nowożytna problem relacji pomiędzy duchem, a literą stał się niewątpliwie problemem centralnym. Trudności z właściwym wyprowadzaniem wniosków z współistnienia i przenikania się tych dwóch rzeczywistości, zaskutkowały wystąpieniem Marcina Lutra i rozłamem w zachodnim chrześcijaństwie. Luter dokonał bowiem nowej interpretacji zarówno Tradycji jak i Ewangelii. Nie był w tym co prawda pierwszy, ale jako pierwszy przeszedł od teorii do praktyki.
Dostrzeżenie problemu zmiany stało się przyczyną poszukiwania tego co niezmienne, a niezmienna i pewna miała być litera Pisma Świętego. Przekonanie to zostało zawarte w zasadzie sola scriptura. Litera Pisma została niejako przeceniona, z czasem okazało się, że jeśli nie trwa ona we wspólnocie świadków wydarzeń zbawczych, a takimi jesteśmy jako członkowie Kościoła, który swój początek znajduje w przebitym boku Chrystusa i u Apostołów, staje się źródłem wielorakich interpretacji, czymś przeciwnym oczekiwanej stałości. Losy protestantyzmu dobrze pokazują ten proces rozpadu wiary sprowadzonej do jednego czynnika źródłowego. Nawet jeśli tym źródłem jest Pismo Święte.
Czy podobnie nie jest z dokumentami Soborowymi? Owszem wiele można zarzucić konkretnym realizacjom posoborowych reform, ale czy to jednak nie taki, a nie innych duch prowadzi do konkretnych zmian. Czytanie wprost litery również nie jest pozbawione określonego ducha. Potrzeba jednak pewnego wysiłku by nie był to duch Lutra, duch sola scriptura.

Audycja "Bądź zimny, bądź gorący"

Na stronie Radia Józef pojawiły się linki z audycji "Bądź zimny, bądź gorący", w której braliśmy udział razem z Ewą.

Część pierwszą pobierz tutaj
Część drugą pobierz tutaj


Tym, którzy nie słuchali, a chcieliby posłuchać wypada życzyć miłych wrażeń.

Ponieważ mówiliśmy sporo o Wspólnocie Błogosławieństw zapraszam na polską stronę Wspólnoty