sobota, 30 sierpnia 2008

Św. Marcin z gościńca

Każdy kto widział morze wie, a jeśli nawet nie widział to z całą pewnością słyszał, jeżeli jednak nawet nie słyszał, niech potrafi sobie wyobrazić jak jest ono głębokie. A jest tak głębokie, że jeden człowiek nie jest w stanie przeniknąć go, ni myślą, ni wzrokiem. Z własnych sił ani go nie pozna, ani dna jego nie sięgnie.
Gdy zaś człowiek, jakikolwiek, choćby był mędrcem, atletą, stanie nad brzegiem tego ogromu, ma świadomość, że jeśli nie nauczy się pływać już pierwsza fala go przerazi. Jeśli zaś wejdzie doń, po pierś kryjąc się w szmaragdowej toni, może łatwo utonąć. Niektórzy powiedzą nawet: "Jeśli wiać silnie będzie, a morze gniewem zapała, przepadł biedak i fala go wyrzuci na brzeg martwego" Tak powiedzą niektórzy i czyż racji mieć nie będą?
Tylko dziecko dotknie swoją rączyną wzburzonego bałwana i pobiegnie dalej w głąb otchłani, która uniesie je z jego dziecięcą ufnością i nieść będzie w dal, aż do wiecznej radości.
Gdzież mnie było do tej dziecięcej śmiałości, w tamtym dniu, gdy posadzono mnie na bałwanie tak, że woda zaraz mą głowę przykryła. A powiedziano mi tylko jedno: "Płyń".

Podobny zaś byłem, i jestem zresztą nadal, choć dziś może nieco mniej niż dawniej, do Zacheusza, który ciekawością powodowany wszedł na drzewo myśląc zapewne przy tym: "Czemu nie?", bo chciał zobaczyć Jezusa. Zapewne też wiele o nim słyszał, jak wielu słyszało rożne sprawy o innych i tak samo jak owych wielu słysząc te sprawy nie znało tych spraw samych, tak Zacheusz nie znał Jezusa, ale pomyślał: "Czemu nie?".
On też, jak ja, pragnął, patrząc na Jezusa z wysokości korony rosłego krzewu, jedynie umoczyć stopy w chłodnej wodzie bezkresnego oceanu, a rzucono go tam gdzie musiał, by nie utonąć, krzyczeć ile sił w słabych trzewiach: "Panie, ufam że mnie ocalisz!". A Pan odmienił jego życie, choć ten człowiek był celnikiem i zdrajcą!
Krzyczałem ja więc, jak i w dniu dzisiejszym często mi się zdarza: "Panie, ufam że mnie ocalisz, bo mam tylko Ciebie. Wszyscy będą teraz ze mnie jedynie kpić i będą od głupców mnie wyzywać, a gdy zechcę od nich uciec zaczną przedrzeźniać moje imię." "Panie, ufam że mnie ocalisz".

Jestem w wodzie i wstrzymuję powietrze.
Wiem, że dwa razy Chrystus dotknął mnie swoim palcem. Tak jakby nie mógł znieść mej ślepoty. Jakby rzeczywiście nie dowierzał, że jestem naprawdę bardziej głuchy na jego wołanie niż ktokolwiek inny. I gdym go w końcu spotykał zawsze czerń rozpraszał moją bezsiłą, i gdym go spotykał traciłem wszystko i zyskiwałem wszystko, wypierałem się wszystkiego i WSZYSTKIEMU zawierzałem.
"Bądź Wola Twoja, Bądź Wola Twoja, Bądź Wola Twoja, a nie moja, Panie."
Długa była moja droga by powiedzieć te słowa, by nie wkradło się w nie żadne ale. I wiem, że w swej łasce Pan ześle na mnie nie jedno jeszcze ale, nie jedną wątpliwość, żal, cierpienie, a pokusę przede wszystkim, bo człowiek łatwo zapomina jak niewiele znaczy bez łaski Najwyższego.
A jednak nawet te myśli pokorne to pycha nieuzasadniona i nieusprawiedliwione niczym przechwalstwo. Bo wszystko zasługą jest Jego nie moją.
Po drogach zaś jedynie, nie w duszy, hula wiatr i pusty śmiech, a Pan ścieżki tego śmiechu wodzi tak by trafiły wprost do uszu moich, a z nich do umysłu mojego i serca by ranić je bezlitośnie, ale przecie sprawiedliwie, obrazami przeszłych dni, których powrót niósłby jedynie ZGUBĘ i POTĘPIENIE.
Wola Pana rodzi się z ciszy która, jak biel inne kolory, łączy w sobie wszystkie dźwięki i Boskie milczenie konieczne do Zbawienia.
"Bóg nawet gdy milczy to mówi."
I nie ma racji pasterz, który krzyczy na swe owce, ale ten, który chwali Boga i rzecze mu: "Panie nie mam dość sił by znaleźć moją ukochaną owieczkę". Tu też leży moja bezradność. Panie nie mam sił by dłużej wstrzymywać oddech. Albo utonę w rozpaczy, albo uwierzę i zacznę pływać.

A Marcin o wszystkim tym myślał stojąc przy gościńcu zatopionym w poświacie błękitnego nieba rozświetlonego mocnym słońcem: prażącym i zsyłającym przyjemne ciepło na drewniane ciało i drobiny farby w oczach, schłodzone nocnym czuwaniem pod gwieździstym dachem.

Gdy przyszli ludzie wołali:
"Marcinie, Marcinie! Opowiedz nam swoją historię. Opowiedz."

Cóż wam będę opowiadał skoro milczałem tak długi czas. Czy warte są jakichkolwiek słów wszystkie wiatry i deszcze, wszystkie ślady stóp dawno zmyte, nawrócenia zapomniane i kolana obtarte na klęczkach. Czego warte jest to wczoraj, którego już nie ma i to jutro, które może nie przyjdzie. Jeśli zaś chcecie poznać moją historię to znaleźć ją możecie teraz i tu. I znowuż nie spodziewajcie się, że powiem wam co będzie jutro, albo że to co wczoraj mnie spotkało dzisiaj ma do mnie przystęp. Przyjrzyjcie się raczej kropli spływającej po skroni: czy to deszcz czy pot? Tego jeszcze nie wiecie, to nie należy jeszcze do was. Nie do was należy też imię tego co się nawrócił, potem poszedł zdradzić i skończył na sznurze. A może to dopiero się wydarzy?
A to co jest teraz nie trwa wcale, więc też nic tak naprawdę do was nie należy.

Ale Marcinie, Marcinie! Opowiedz nam swoją historię. Opowiedz.

11 listopada 2001 Warszawa
Nihil obstat 1(25)/02

sobota, 16 sierpnia 2008

"O nasladowaniu Chrystusa" Tomasza a Kempis

To juz bardzo archiwalny tekst - pierwsza publikacja w "karierze" w broszurze SKMA

"O naśladowaniu Chrystusa" Tomasz a Kempis

Nie jest dzieło Tomasza a Kempis pozycją, której pisze się recenzje, a nie mogę jednak napisać, jeśli już się za to zabrałem, że to zupełnie zwykła książka, bo też zwykłą w żadnej mierze nie jest. Nie rzucam też tych słów ot, tak sobie, by przypodobać się komukolwiek, bo i komu mógłbym się przypodobać skoro utwór ten powstał setki lat temu, a i pewności co do autentyczność autorstwa Tomasza a Kempis nie ma żadnej. Nie jest też moim celem przyczynić się do niczyjej sławy, ani przyłożyć ręki do przyszłego sukcesu wydawniczego. Powiem zaś rzecz dość dziwną: warto mieć tę książkę w domu, warto pamiętać, że stoi na półce, czy to przy książeczkach do modlitwy, czy też gdzie indziej, ale nie trzeba wcale do niej zaglądać. Najważniejsze to pamiętać, że słowa zapisane dłonią mnicha w odległych czasach, leżą gdzieś pod ręką i nie starzeją się ani trochę. Dlaczego mówię, że nie trzeba do nich zaglądać, ani na siłę, ani nawet przez ciekawość? Może nawet, jak mi się zdaje, należałoby tę ciekawość stłumić, choć nie ma tu przecież żadnej reguły, a jedynie osobiste doświadczenie ze słowem.
Słowa Tomasza a Kempis potrafią przyjść same i wolą nieraz by ich o to nie proszono. Pewnie wielu też z chęcią zapytałoby cóż można znaleźć niezwykłego w takim antyku jak ten właśnie przewodnik duchowy dla zakonników sprzed pięciuset lat. Słuszne zupełnie jest to pytanie, sam je zadawałem, gdy pierwszy raz zetknąłem się z "O naśladowaniu...". To pytanie doskonale świadczy o tym, że należy być ostrożnym jeśli chodzi o słowa, które w pobożną całość zebrał prawdopodobnie właśnie Tomasz a Kempis. Gdy jednak pewnego dnia, zupełnie nieoczekiwanie, zostałem obdarzony łaską nawrócenia z bezkresnej ciemności ku równie bezkresnej MIŁOŚCI, książka ta była pierwszą, która niepostrzeżenie wsunęła się w moje dłonie. Pragmatycznie rzecz ujmując był to podarek od przyjaciela świadomego przemiany w moim życiu, ale równolegle dostrzegłem doskonale, że tak jak ja wcześniej odrzuciłem "O nawróceniu...", czyli symbolicznie odstawiłem ją na półkę, tak ta mądra książka niejako sama we właściwym momencie zwróciła się do mnie z pomocą. Rzeczywiście po nawróceniu potrzebowałem pomocy, nie radząc sobie ze sprzecznościami wynikającymi z moich dawnych postaw i oczekiwań, a nową rzeczywistością jaką jest Bóg, i wtedy właśnie słowa Tomasza przełożone na język polski przez poetkę Annę Kamieńską, przynosiły mojej duszy niezmącony spokój i świadomość, że jedyną rzeczą jaką mogę teraz zrobić w życiu jest zdanie się na Boga, na Jego Wolę, bo jako człowiek w całości należę do Niego i winien Mu jestem służbę.
Choć "O naśladowaniu Chrystusa" to tekst służący umartwieniu, to jakaż niezwykła radość z tego umartwienia wynika i jaki spokój oraz pewność, że nie jest nam potrzebne w życiu nic prócz Boga i w nim powinniśmy pokładać całą nadzieję, a świadomość tej nadziei winna być właśnie dla nas radością najwyższą.
"O naśladowaniu Chrystusa" jest podobne do lekarstwa mającego łagodzić stres, gdy jednak medycyna potrafi poradzić sobie jedynie z problemami psychofizycznymi, tak pozornie naiwny psychologicznie tekst Tomasza a Kempis znajduje duszy drogę do modlitwy i kontemplacji, w której nie ma miejsca na rozterki i strach, a jest tylko i wyłącznie MIŁOŚĆ.
Słowa układają się w zdania, zdania w modlitwę, modlitwa w rozważanie, a to ostatnie w kontemplację i nim się człowiek spostrzeże książka leży obok, a Bóg jest tu: wszędzie wokół i w nas samych. Nie zapominajmy jednak, że to tylko słowa, które układają się w zdania i być może nie każdemu są przeznaczone, nie dla każdej duszy zostały napisane, a też nie na słowach, ale na Bogu winniśmy się opierać. To o czym piszę to tylko i wyłącznie małe osobiste świadectwo, i doświadczenie wydobyte z własnych przeżyć. Mimo to dobrze jest by "O naśladowaniu Chrystusa" leżało na półce, nawet jeśli dzisiaj słowa w niej zawarte odstraszają, bądź wydają się zbędne. A można tam przecież znaleźć odpowiedź na każdą pokusę, na każdy smutek i cierpienie. Nikt z nas więc nie może być pewien, co go w życiu spotka, więc też i nie może nikt być przekonany, że któregoś dnia nie sięgnie po niewielki tomik wciśnięty pośród inne i nie przypomni sobie, że wąska droga do zbawienia nie zawsze prowadzi przez radość doczesną, a Boga często możemy spotkać w łaskach samotności i cierpienia, które powinny być świętem naszej duszy, gdyż prowadzą do zdania się na Boga i szukania w jego MIŁOŚCI jedynej nadziei.

Listopad 2001 Warszawa
Pismo Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej "Nihil obstat" 1(35)/02

wtorek, 12 sierpnia 2008

Czym jest Europa?

Tekst opublikowany w drugim numerze Teologii Politycznej. Recenzje z tego numeru nie są dostepne na stronie do przeczytania jak inne artykuły z archiwalnych numerów.
Prezentuję tu wersję "reżyserską".

Oskar Halecki, Historia Europy, jej granice i podziały, tłum. Jerzy Kłoczowski, Instytut Europy Środkowo Wschodniej, Lublin, 2002.

Historyk Halecki i jego kłopoty z historią
Twierdzenie, że Oskar Halecki to jeden z najwybitniejszych polskich historyków musi w naszym kraju wydawać się podejrzane, bo też jak można twierdzić coś podobnego, gdy recepcja dzieł i poglądów tego autora, właśnie tu w Polsce, raczej nie miała miejsca. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest fakt, że nazwisko Haleckiego niemal zupełnie nie funkcjonuje w społecznej pamięci. Nawet jeśli zestawimy je z innym wyklętym w PRL nazwiskiem historyka, mianowicie Pawła Jasienicy, okazuje się ono nic nie znaczyć w porównaniu ze sława tego ostatniego. Jednak, jak sądzę, należy trwać w uporze przy twierdzeniu, że Halecki to postać wybitna, szczególnie jeśli ma się świadomość jak zawiłe bywały losy Polaków w ostatnich stuleciach.
Oskar Halecki urodził się w roku 1891, w 1913 ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, a w 1918 został na tejże samej uczelni profesorem historii Europy Wschodniej. Do roku 1939 Halecki wydaje po polsku kilka znakomitych prac (w ostatnim sześćdziesięcioleciu nigdy nie wznawianych), a wśród nich potężne, dwutomowe Dzieje Unii Jagiellońskiej. Już na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych jest w Polsce uważany za wybitnego historyka, a także człowieka zaangażowanego w sprawy międzynarodowe (przez pewien czas jest sekretarzem generalnym Komisji współpracy intelektualnej Ligi Narodów).
Biograficzne, choć nie zawodowe, problemy Haleckiego z historią zaczynają się razem z wybuchem Drugiej Wojny Światowej. Emigruje on wtedy najpierw do Francji, a po jej kapitulacji do Stanów Zjednoczonych. Po wojnie nie wraca do kraju, a jego nazwisko, kojarzone z „reakcyjno-klerykalną” opozycją na uchodźstwie i w kraju, znika ze świata polskiej nauki i z polskiego piśmiennictwa (jeśli wydaje po polsku to w emigracyjnych wydawnictwach). Postać Haleckiego w historii PRL pojawiła się na jeden właściwie moment i została przez władze państwowe przedstawiona w najmroczniejszych barwach. Moment ten miał miejsce przy okazji pojawienia się pojednawczego listu polskich biskupów do biskupów niemieckich1. Polski Kościół przesłał Kościołowi niemieckiemu Historię Polski pióra Haleckiego, w której podejmował on sprawę powojennych wysiedleń w sposób pojednawczy, a zatem zupełnie nie do przyjęcia w świetle interpretacji dziejów przyjmowanej w historiografii PRL. Dudek i Gryz w swojej książce Komuniści i Kościół w Polsce (1945-1989) podkreślają, że jednym z głównych elementów ataku reżimu komunistycznego, pod przewodnictwem Gomułki, na inicjatywę listu pojednawczego wystosowanego przez episkopat Kościoła w Polsce było to, że „przedstawiono w nim fałszywy obraz dziejów stosunków polsko-niemieckich, a następnie przesłano biskupom niemieckim dzieje Polski pióra >reakcyjnego historyka Oskara Haleckiego<”2. Kwestią „reakcyjno-klerykalnego”, jak czytamy w innym miejscu, historyka osobiście zajmował się Gomułka w swoich wypowiedziach: „Sprawa polega na tym, że episkopat, a szczególnie kardynał Wyszyński, chce przeciwstawić 1000-lecie chrztu – Polsce Ludowej. Tendencja ta przebija z całego orędzia. [...] dlatego właśnie odmówiliśmy kardynałowi Wyszyńskiemu paszportu, ażeby nie spotkał się ze swoim nauczycielem – prof. Haleckim, którego cytuje, ażeby nie mógł przeciwstawić 1000-lecia państwa polskiego – 1000-leciu wkroczenia chrześcijaństwa na ziemię polską. [...] Jeśli kardynał Wyszyński [...] i inni biskupi chcą wypowiadać poglądy na różne problemy polityczne – nie zabraniamy, ale niech to będzie zgodne z polityką, jaką rząd Polski Ludowej prowadzi, niech kościół nie przeciwstawia się państwu. Niech nie uważa, że sprawuje rząd dusz w narodzie. Czasy te odeszły w bezpowrotną przeszłość i nigdy już nie powrócą”.
Wydaje się, że zilustrowana powyżej sytuacja historyczna dobrze oddaje klimat jaki w Polsce otaczał Haleckiego. W zupełności nie odpowiadał on rosnącej sławie polskiego historyka w krajach anglosaskich, gdzie był on stawiany w jednym rzędzie obok sław takich jak Toynbee, czy Dawson. Uznanie to wynikało oczywiście z naukowych zasług Haleckiego udowadnianych w kolejnych pracach pisanych po angielsku, wydawanych w Nowym Jorku, czy Londynie i nigdy nie publikowanych w Polsce.
Niestety konsekwencje tych wydarzeń mają swoje reperkusje trwające do dnia dzisiejszego; Halecki będąc jednym z najwybitniejszych pozostaje we własnym kraju niemal zupełnie nieznany.

Historiografia i tworzenie się Europy
Książka The Limits and Divisions of European History, czyli Historia Europy, jej granice i podziały opublikowana została po raz pierwszy w roku 1950 w Londynie i Nowym Jorku, na wydanie polskie czekała aż do roku 1994, gdy w tłumaczeniu Jerzego Kłoczowskiego ukazała się nakładem Instytutu Europy Środkowo – Wschodniej. Na miejscu więc wydaje się być podstawowe w takiej sytuacji pytanie, czy warto dzisiaj, gdy powoli zapominamy, że wkroczyliśmy już w nowe milenium, czytać książkę sprzed lat pięćdziesięciu, z czasów głębokiej przeszłości, odmiennych od dzisiejszych relacji geopolitycznych i wydawać by się mogło odmiennych problemów. A jednak czytając Historię Europy nie mam większych wątpliwości, że trudno o problematykę bardziej aktualną niż właśnie ta, którą zawarł w swojej książce Halecki.
Praca Haleckiego nie należy do wydawanej w olbrzymich ilościach literatury „przyczynkarskiej”, która podejmując się refleksji nad kulturą, historią, polityką, czy filozofią w rzeczywistości nie jest w stanie dostrzec szerszych perspektyw i zatrzymuje się na szybko przemijających analizach wydarzeń powierzchniowych. Dwa podstawowe zagadnienia, jakie przenikają rozważania Haleckiego o Europie i w których realizuje się jego wywód dotyczą - po pierwsze - odpowiedzi na pytanie czym jest Europa, gdzie są właściwie jej granice terytorialne, granice wspólnotowe, jak również jakie elementy kultury europejskiej są konieczne do tego by Europa istniała i mogła dalej nazywać się Europą w sensie jaki uzyskała w czasie swojego trwania. Historia europejska stawia autora i nas przed drugim zasadniczym blokiem pytań dotyczących Europy: kiedy ukształtowała się wspólnota europejska, czy możemy znaleźć jakąś cezurę czasową dla jej powstania, czy może właściwym postawieniem sprawy jest dostrzeżenie płynności tego procesu, a jeśli tak to czy właśnie owo „formowanie się”3 Europy nie wskazuje nam niezbędnych elementów europejskiego istnienia, bez których nie można mówić o europejskości. Te zagadnienia niejako zmuszają Haleckiego do zamyślenia się nad sensem podziałów czasowych stosowanych w historiografii i wreszcie nad pytaniem zasadniczym, czy istnieje jeszcze Europa?
Już w pierwszym rozdziale książki zatytułowanym Czym jest historia europejska? znajdujemy konstrukcję myślową, która pozwala Haleckiemu stworzyć definicję charakteru europejskiego. Czytamy: „Europa jest wspólnotą wszystkich narodów, które w sprzyjających warunkach małego lecz ogromnie zróżnicowanego kontynentu przyjęły i rozwinęły dziedzictwo cywilizacji grecko-rzymskiej, przekształconej i wzbogaconej przez chrześcijaństwo, dzięki czemu wolne ludy spoza granic dawnego imperium uzyskiwały dostęp do odwiecznych wartości ukształtowanych w starożytności” (s.29). Halecki nie ma wątpliwości, że mówienie o wspólnocie europejskiej jest możliwe tylko w kontekście trzech niezbywalnych jej elementów: kultury „proto-europejskiej”, czyli starożytnej Grecji, gdzie „charakterystyczne dla Europy cechy morfologiczne występują w najpełniejszym kształcie”, kultury rzymskiej, czyli „ordo Romanus, opartego na mocnych podstawach prawnych i wysokich ideałach cnoty obywatelskiej” i wreszcie „nowej religii – lux ex Oriente”. Co więcej Halecki chwilę później konkluduje: „Europa i chrystianizm wydają się z czasem znaczyć jedno i to samo” (powyższe uwagi patrz: ss. 25-26).
Tak jasne postawienie sprawy europejskiej i jej zdefiniowania zmusza Haleckiego do odrzucenia podziału historii „na trzy tradycyjne - czy raczej konwencjonalne – okresy: starożytność, średniowiecze i nowożytność”, które, określa jako sztuczną koncepcję „drugorzędnego uczonego niemieckiego, Cellariusa” (s.29). W czasach, gdy nie traktujemy historii powszechnej jako po prostu historii europejskiej ten konwencjonalny podział traci przydatność. Jeśli przyjmiemy definicję europejskości założoną przez Haleckiego to okaże się, że z całą pewnością starożytność nie należy do historii Europy, która wtedy jeszcze nie zdążyła się w pełni uformować; Halecki stwierdza, iż również „współczesność” coraz częściej w historiografii pojawiająca się po nowożytności (które to czasy de facto „dawno już przestały zasługiwać na to określenie” (s.31) nie należy do dziejów Epoki Europejskiej. Oczywiście również w sensie formalnym, jeśli pojawia się „współczesność”, trójdzielna koncepcja historii z wiekami średnimi pomiędzy dwoma innymi epokami traci swoje historyczne odniesienie.
Halecki zamiast podziałów konwencjonalnych proponuje, by epoki historyczne przypisywać wiodącym „ponadnarodowym” wspólnotom. Pierwsza z nich (której istnienie w pełni możemy potwierdzić źródłami historycznymi) to, jak zauważa Profesor, Epoka Śródziemnomorska, która swoje apogeum znajduje w Cesarstwie Rzymskim obejmującym niemal cały ówcześnie znany świat. Zgadza się to z przywoływaną przez Haleckiego wizją Toynbee'ego, który sugeruje, że apogeum, a jednocześnie schyłek cywilizacji wypełnia się w wizji uniwersalistycznej wspólnoty państwowej. W sprawie cech charakterystycznych dla wspólnot kształtujących Epoki oddajmy głos Haleckiemu: „Obserwacja (...) prowadzi nas do kolejnego zagadnienia, które bezpośrednio łączy się z naszym studium historii europejskiej, przez co zasługuje na specjalną uwagę. Chodzi o zasadnicze rysy charakteru cywilizacji śródziemnomorskiej. Jako taka nie pojawia się ona na liście społeczeństw cywilizowanych Toynbee’ego, i to nie bez powodów. Z chwilą, gdy ukształtowała się w sposób ostateczny, wspólnota śródziemnomorska składała się z różnych cywilizacji, jako że różne ludy połączone w owej wspólnocie same osiągnęły wysoki poziom kulturowy. Właśnie dlatego możemy w tym wypadku, podobnie jak w wypadku Europy, mówić o wspólnocie ponadnarodowej, choć mówienie o >narodach< w sensie współczesnym w odniesieniu do tak dalekiej przeszłości może wydać się anachronizmem” (s.38).
Oczywiście tworzenie Europy zaczęło się zanim miał miejsce upadek świata śródziemnomorskiego. Za taki początkowy moment Halecki uważa podbój Galii, gdy w granicach Cesarstwa Rzymskiego znalazły się jednocześnie kultury będące źródłem Epoki Śródziemnomorskiej, którą czekał zmierzch, jak i serce tego co miało stać się w przyszłości Europą. Choć Halecki za Dawsonem i jego dziełem Tworzenie się Europy określa koniec formacji wspólnoty Europejskiej na rok tysięczny wiążący się ze Zjazdem Gnieźnieńskim oraz koroną dla Węgier, to o samodzielności Europy mówi już wspominając Karola Wielkiego: „Dzięki Karolowi Wielkiemu rozwój wspólnoty raz jeszcze wiązał się z rozwojem cesarstwa, które w swojej nowej strukturze sięgnęło ostatecznie Łaby, przecinało Dunaj w jego północnym biegu i posuwało się wzdłuż niego ku południowi. Tym razem jednak rozrastały się nie tylko granice imperium i to, co pozostało po kulturze starożytnej – tym razem rozrastał się chrystianizm, największa siła twórcza w tworzeniu się Europy. Jak wielka była to siła, okazało się wówczas, gdy chrześcijaństwo docierało daleko na ziemie północno-wschodnie, tam dokąd odrestaurowane cesarstwo nie sięgało ani za Karola, ani za późniejszych królów niemieckich” (s.45). I dalej „Epoka Śródziemnomorska skończyła się w VIII wieku, po co najmniej czterech stuleciach chylenia się ku upadkowi. W sto lat później wspólnota Europejska, która tworzyła się od początków chrześcijaństwa [które zbiegają się niemal z podbojem Galii i upadkiem Republiki jako początkiem końca Rzymu] wkraczała w czasy swej świetności: w Epokę Europejską” (s.49). Zmiana Epoki nie oznacza oczywiście całkowitego zniknięcia kultury reprezentatywnej dla poprzedniej Epoki. Za ostateczne zamknięcie historii kultury śródziemnomorskiej Halecki uznaje dopiero upadek Konstantynopola w XV w.

Koniec historii europejskiej. Koniec Europy?

Halecki pisze, że jedynie epoki, kultury, czy cywilizacje, w sensie historycznym, stanowiące zamkniętą całość pozwalają badaczowi na pełne o nich mówienie. W tym znaczeniu uważa on również historię Epoki Europejskiej za zamkniętą. Powodów takiego stanu rzeczy upatruje w zaniku wyjątkowości wspólnoty naszego kontynentu, którą charakteryzowała „owa jedności w wielości, odrębna całość wyróżniająca się od innych części świata i zajmująca w tym świecie jedno z ważniejszych miejsc, chwilami nawet miejsce lidera” (s.53). Dla nas jednak, być może najistotniejsze jest to, że „przede wszystkim, dobrze jest pamiętać, iż w całej historii europejskiej >Europa< oznaczała praktycznie tyle co >chrześcijaństwo<” (s.53). Rolę lidera historii powszechnej przejęła zdaniem autora „nowa Europa”, czyli Ameryka Północna, a przede wszystkim Stany Zjednoczone. Halecki zauważa, że ostateczne ukonstytuowanie się państwa Amerykańskiego pod koniec XVIII wieku zbiega się z początkiem tragicznych wstrząsów na kontynencie europejskim. W oczach Haleckiego Rewolucja Francuska jest objawem najgłębszego i prawdopodobnie nieodwracalnego kryzysu kulturowego, który musiał doprowadzić do końca Epoki Europejskiej. Źródeł tej sytuacji należy szukać jednak w czasach jeszcze odleglejszych, wydaje się, że za ten stan rzeczy odpowiada „okres, do którego przylgnęła nazwa renesansu” i który przeciwstawił humanizm wierze chrześcijańskiej. Kolejne silne nawroty tego przekonania zyskały miano epoki „oświecenia”, postulującej całkowitą sekularyzację, oraz tryumfalny marsz marksizmu, tak w wersji bolszewickiej, jak i liberalnej. Ten właśnie tryumf, czyli akceptację filozoficznego materializmu, będącego przewróceniem do góry nogami chrześcijańskiego i platonicznego ideału duchowego, Halecki uznaje za zerwanie z tradycja Europejską. Średniowiecze jawi się w jego książce jako najpełniej europejski okres dziejów, jawi się właśnie jako czas syntezy wiary i humanizmu, elementów nie tylko się nie wykluczających, ale nie mogących poza sobą istnieć w swojej własnej istocie. Potwierdzenie takiej koncepcji postrzegania dziejów odnajdujemy w dwóch nihilistycznych przewrotach XX wieku; bowiem szaleństwa nazizmu i bolszewizmu nie miały nic wspólnego z ani z chrześcijaństwem, ani też z humanizmem, były jedynie negacją i instrumentalizacją istoty przekonań europejskich.
Choć Halecki nie wyraża tego wprost kryzys Europy jako światowego przewodnika zdaje się mieć, jego zdaniem, związek z jej kryzysem duchowym, kryzysem, który nie stał się udziałem, a przynajmniej nie w tym stopniu co w Europie, Ameryki. Wprawdzie Halecki zauważa: „jedność[...]wciąż jeszcze jest udziałem tylko tych, których łączy wspólna tradycja chrześcijańska, w tym dziedzictwo humanizmu grecko-rzymskiego” (s.66) i zachowuje nadzieję, że Europy nie czeka ostatecznie zanik podobny do tego jaki spotkał wspólnotę śródziemnomorską, mówiąc: „tym razem, pomimo bardzo wyraźnych przesunięć środka ciężkości, element kontynuacji [we wspólnocie atlantyckiej jest] o wiele silniejszy, chociażby z powodu nieprzerwanej i nie zmienionej tradycji religijnej” (ss.66-67) to nasza perspektywa, kolejnych pięćdziesięciu lat europejskiej historii i historii, jak ją Halecki nazywa, Epoki Atlantydzkiej pozostawia wiele znaków zapytania o kondycję kontynentu europejskiego.
Aż cztery z dziesięciu rozdziałów Historii Europy poświęconych jest terytorialnym podziałom i sporom o granice Europy. Rozważania Haleckiego nie koncentrują się jedynie na zawsze problematycznej i niechętnej uregulowaniu granicy wschodniej. Pokazuje on, że nie pozbawione sensu jest stwierdzenie, że ruchliwość granic Europy dotyczy nie tylko wschodnich rubieży i ogromnych przestrzeni subkontynentu Rosyjskiego, ale również południa, a współcześnie prawdopodobnie przede wszystkim zachodu. Halecki sam własne rozważania podejmuje jako „poważne ostrzeżenia przed traktowaniem granic kulturowych jako granic stałych, ustalonych na zawsze” (s.109). Inną istotną sprawą jest podkreślenie faktu często zapominanego, że „Europa Wschodnia nie jest mniej europejska od Europy Zachodniej. Gdy tylko odrzucimy utożsamianie Europy Wschodniej ze strefą wpływów prawosławia lub – co bardziej mylące – z Rosją, okaże się natychmiast, że wschodnia część Europy, tak przecież niejednolita, jest o wiele bardziej różnorodna od części zachodniej. Właśnie dlatego, że nie jest kulturowo jednolita, Europa wschodnia uczestniczy tak w greckim, jak i rzymskim nurcie starożytnej i chrześcijańskiej tradycji europejskiej”(s.119).
Pod koniec swoich rozważań Halecki powraca do problemu schyłku europejskości na kontynencie, geograficznie, zwanym Europą. Jednym z istotniejszych przykładów narastania kryzysu tożsamości kulturalnej kontynentu jest jego zdaniem „idea całkowitego rozdziału polityki od etyki” odpowiedzialnym historycznie za ten fakt jest Makiawelli i jak dodaje Halecki w jednym z przypisów „żadna obrona Makiawela nie jest w stanie pomniejszyć jego przerażającej odpowiedzialności” (s.149). Symbolicznym uosobieniem przedstawionego rozdziału etyki i polityki pozostanie z pewnością postać, której Halecki nie przypomina, ale która narzuca się w sposób oczywisty, a mianowicie kardynał de Richelieu, który w swoim ministerialnym gabinecie zawsze trzymał na podorędziu Biblię i Księcia Makiawela. Jednak za podstawową konsekwencję takiego obrotu spraw nasz Autor uznaje rozbiory Polski. „ Sam fakt, że rozbiory Polski przyjęto w Europie biernie i bez protestu, jako coś naturalnego, z taka obojętnością, jakby wszystko >działo się na księżycu< [...]jest prawdziwym świadectwem rozbicia Europy” (ss.164-165).

Po pięćdziesięciu latach.

Halecki miał nadzieję, że tradycja religijna w Europie jest na tyle silna, że twierdzenie o końcu tego kontynentu jest w swoich radykalnych postaciach pozbawione sensu, a jednak wydaje się dzisiaj, że właśnie jesteśmy świadkami jeśli nie obumarcia tej tradycji to ujawnienia faktycznego stanu jakim było rzeczywiste odrzucenie jej ideałów już setki lat temu. Dziś ów faktyczny stan marginalizacji tradycji religijnej, tak w przestrzeni kultury jaki i polityki coraz to silniej dochodzi do głosu. Jeżeli tradycja chrześcijańska znalazła się na marginesie, i została razem z etyką wyparta z życia politycznego, to wypada zapytać czy, idąc za definicjami Haleckiego, żyjemy jeszcze w Europie, skoro jej elementy kulturalne były niezmiennie oczywiste. Można także zapytać, czy współczesna Europa ma coś wspólnego nie tylko z chrześcijaństwem, ale i humanizmem wobec jej technokratycznych instytucji, dominacji spraw ekonomicznych i wiary w kantowski bezruch wiecznego pokoju. Jeśli jeszcze raz przypomnimy, że granice Europy nigdy nie były stałe w żadnej z czterech stron świata to niewykluczone jest, że zaczyna nam w Europie brakować miejsca dla tego co prawdziwie i przed wszystkim europejskie. Dlatego też wydaje się, że książka Haleckiego odnosi się do samego wnętrza politycznego i historycznego sporu wokół przyszłości naszego kontynentu. Nie wydaje się by mogła ona zaproponować oczywiste odpowiedzi w sprawach szczegółowych, takich jak problem napływowej ludności pochodzenia arabskiego, żyjącej według zupełnie odmiennego modus vivendi, niż świat zachodni, ale z całą pewnością mocą analogi pozwala nam, by posłużyć się metaforą Charlesa Taylora, spoglądać w stronę źródeł europejskiej podmiotowości. Wydaje się również, że książka ta, nie wprost wprawdzie, stawia pytania o sposób istnienia chrześcijaństwa w postchrześcijańskim świecie, o stopień przystawalności wartości chrześcijańskich do wartości świata liberalnego, a także o rodzaj i stopień zaangażowania tak chrześcijaństwa, jak i państw liberalnej demokracji w osłanianie tych ostatnich przez zagrożeniem przychodzącym z zewnątrz. Wreszcie na koniec trzeba zapytać, czy niechęć Europejczyków do własnej tradycji i jej uniwersalizmu nie doprowadzi do procesu zaniku kulturowej odrębności tej części świata, a w dalszej perspektywie do zaniku wszelkich elementów kultury kojarzonych z rozkwitem europejskim i zastąpieniu ich przez tradycję obcą, przychodzącą z zewnątrz? To ostatnie pytanie oznacza, że książka Haleckiego włącza się w dyskusję o europocentryzm, o wyższość kultury europejskiej lub choćby jej nieustającą odpowiedzialność za kształt całego świata, który we wszystkich, również zdegenerowanych postaciach, jest jej wytworem. Pytanie to stawia przed Europejczykami problem dotyczący zaangażowania się naszego kontynentu w sprawy międzynarodowe lub biernego nie ingerowania, praktycznego odrzucenia własnej odpowiedzialności za siebie i swój świat.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Christianitas 37/38 wreszcie jest

Jest wreszcie w Empiku numer 37/38. Bardzo dobrze wygląda. Zachęcam do lektury. Blok benedyktyński, a także mój tekst: "Co ma demokracja do Kościoła?"

Czytając "Listy do Agnieszki" Jerzego Lieberta

Zupełnie zachwycająca lektura te Listy. Czytam i nie mogę się nadziwić, że to literatura polska: swobodna, nieskrępowana tym czymś specyficznym co zwykle czyni ją nieznośną w odbiorze (poza niewieloma wyjątkami). Prawdziwie głęboki oddech subtelnej epistografii, którą czyta się z wypiekami na twarzy i to czyta się nieustannie w każdej wolnej chwili. Jedna z tych książek, od której nie można się oderwać. Do tego bardzo dobrze wprowadzająca przedmowa Stefana Frankiewicza - nawet jeśli ktoś nie jest w temacie ani poezji skamandrytów, ani rodzącej się inteligencji katolickiej. Wiele tam smaczków salonowych, nazwisk (Lechoniów, Słonimskich, Korniłowiczów...), ale przede wszystkim wielka miłość - między ludźmi, a także do Boga i literatury (Nieustannie pojawiające się pytanie, co czytasz?). Kto chce wiedzieć kim jest tajemnicza Agnieszka niech sięgnie po książkę. Sam zacząłem ją czytać jako tekst wokołodoktoratowy, a skończę jako książkę ważną, osobistą, wzruszającą.