Szum medialny, który zrobił się, gdy jeden z katolickich
tygodników, jeszcze przed wyborami, odrzucił cykliczny felieton Pawła Milcarka,
przedkładając partyjną strategię wyborczą ponad obowiązek przypominania
wszystkim politykom o podstawowej wartości ochrony życia od poczęcia jest czymś
społecznie potrzebnym. Faworyzowanie doraźnych strategii politycznych nad
sprawy fundamentalne wskazuje bowiem na problem, który katolicy mają dziś z
polityką. Nie chodzi już tylko o krytyków jawnie odrzucających obecność opinii
katolickiej w polityce lub głoszących jej nieskuteczność ze względu na
przywiązanie do zasad etycznych. Sami wierzący coraz częściej nie mogą odnaleźć
swojej reprezentacji wśród partyjnego spektrum. Stan bezsiły, a także bezradności
elit katolickich w Polsce, poza samą sceną rozgrywek partyjnych, najlepiej
widać w przestrzeni intelektualnej. Wystarczy przyjrzeć się katolickiej prasie
i publicystyce, by zauważyć, że nie tworzy ona prawie w ogóle odrębnej
refleksji nad polityką czy choćby meta-polityką. Nawet jeśli się to zdarzy, w
większości przypadków refleksja ta ma miejsce na tak wysokim poziomie
abstrakcji i ogólności zasad, że tylko bardzo wyrobiony czytelnik potrafi
powiązać te rozważania z rzeczywistością praktyki politycznej. Jak się ma
do bieżącej polityki kategoria mesjanizmu, proroka czy nawet dobra wspólnego?
Co więcej, ogólność prezentowanych zasad sprawia często, że wszyscy się z nimi
zgadzają, jak i z szeregiem innych wypowiedzi. Tak jest choćby z
uwierzytelniającą mantrą coraz bardziej pustych sloganów: prawa człowieka,
wolność, demokracja. Wiek dwudziesty, a jeszcze mocniej ostatnie lata
przekonały nas, że mogą one znaczyć wszystko i nic. Powtarzanie ich dla
uzasadnienia swojej postawy, albo wskazuje na naiwność, albo też głęboki
kompleks wynikający z wmawianego katolikom autorytaryzmu i rzekomo dominującego
charakteru ich religii. Ostatecznie jednak tego typu poprawnościowa retoryka
wpycha katolików ślepy zaułek, który ma swoje typy istnienia i sposoby
praktycznej realizacji w katolickiej produkcji intelektualnej. Oczywiście nie
przekładają się one, bo i nie mogą, na żadną formę politycznego zaangażowania.
Tym też kończy się przyjęcie wspomnianej retoryki - zanikiem publicznej, w
znaczeniu politycznej, opinii katolickiej.
Dodatkowo trzeba zaznaczyć, że przypadki refleksji
politycznej stanowią i tak niewielką część intelektualnej treści, jaka powstaje
w redakcjach, czy opiniotwórczych gremiach katolickich. W większości przypadków
spotykamy zwykle trzy inne strategie radzenia sobie z rzeczywistością polityki
- są wynikiem przyjęcia dominującego myślenia sekularnego. Według tego schematu
samodzielna opinia katolicka o charakterze politycznym jest sprawą
niebezpieczną, dlatego albo sfery religijna i polityczna muszą być separowane,
albo pojawiać się na niekompatybilnych poziomach, albo też rola religii ma być
służebna wobec świeckiego dyskursu politycznego i niejako ubezwłasnowolniena.
Przyjrzyjmy się zatem konkretnym strategiom. Pierwsza polega na zasadniczym
braku zainteresowania politycznością, a więc na zamykaniu się w przestrzeni
problemów sensu stricte religijnych w sposób jaki określa to mainstream w wymienionych powyżej kryteriach.
Religia istnieje jedynie w powiązaniu religijności z szeroko rozumianymi
przestrzeniami kultury, psychologii, czasem także filozofii. Druga strategia w
swoim zasadniczym rysie polega na przyjmowaniu pozycji służebnej wobec
wybranego stanowiska politycznego funkcjonującego w głównym nurcie życia
politycznego, które uznaje się za bardziej wartościowe od innych. Wartość ta
zazwyczaj nie ma jednak bezpośredniego związku z główną agendą katolicką w
polityce, nie mówiąc o szerszym rozumieniu czym jest katolicka polityka.
Praktyczną cechą tego stanowiska jest omijanie trudnych, z perspektywy nauczania
Kościoła, wątków w programie „swojej” siły politycznej, przy podkreślaniu
słabości oponentów. Przeważnie słabość ta polega na “braku skuteczności” lub
niedostatecznie patriotycznym wyrobieniu. Są to sprawy ważne, ale nie
zasadnicze i wymagające odrębnego traktowania. Jest także trzecia postawa,
która stara się przełamać owo desinteressment pierwszego i niepewne
zaangażowanie drugiego. Czyni ona ze swoich łam otwarte forum, na którym
religia występuje jako pewnego rodzaju specyficzny arbiter, który jednak nie
wydaje żadnych sądów o prezentowanych poglądach lub w zakamuflowany sposób
skrycie wchodzi w strategię numer dwa. Często dzieje się to poprzez ucieczkę w
polityczne didaskalia, takie jak estetyka wypowiedzi danej opcji, przynależność
środowiskowa redaktorów, czy uleganie ogólnemu emocjonalnemu nastawieniu wobec
partii i polityków, a nie ocena zasadniczych kwestii polityki katolickiej
klarownie wyłożonach w dokumentach Kościoła. Zatem, w każdej z tych strategii
albo nie chodzi już o świat chrześcijański i prawa chrześcijańskie (ale też
prawa chrześcijan), albo staje się ono tym samym co religijny i polityczny
liberalizm lub ewentualnie pogańską religią polityczną. Tak się dzieje, gdy
katolicy nie mają swojego zdania - usuwają się na bok, służą pomniejszym bożkom
lub przejmują obce sobie idee. Jeśli tak jest faktycznie, mamy tu do czynienia
z tragiczną intelektualną pomyłką.
Zbierając te propozycje trzeba powiedzieć, że wszystkie one
starają się ominąć zasadnicze zadanie myśli chrześcijańskiej w polityce, jakim
jest głoszenie w porę i nie w porę sprawiedliwości, która swoje oparcie może
znaleźć tylko w Bogu. Przypomniał to podczas swojej ostatniej pielgrzymki do
Niemiec papież Benedykt XVI. Dziś jednak wierzący utwierdzają się tylko w
przekonaniu, że polityka została pozostawiona ich prywatnym i subiektywnym
sądom i nie ma w niej miejsca na bardziej trwałe zharmonizowane rozumne zasady.
Pozostaje równoważenie praktyki według własnego samopoczucia pomiędzy bliższymi
i dalszymi opcjami istniejącymi na agorze, bez wnoszenia na nią tego co
odrębnie katolickie. Czy oznacza to, że Kościół i jego intelektualiści sprawy
polityki, które mają charakter najbardziej publiczny, wyrzucił ze swojego
rozważania w ramach rozdziału państwa od Kościoła? Jeśli odrzucamy swój udział
w polityce jako konsekwentni katolicy przyznajemy jedynie rację tym, którzy
twierdzą, że religia jest naszą prywatną sprawą.
Słabość chrześcijan wobec spraw publicznych widać także w
sposobie w jaki opisywane są próby chrześcijańskiej praktyki politycznej. Jeśli
za dwa sposoby chrześcijańskiego politykowania uznamy prawicę katolicką i
chadecję to prawicę oskarża się o ideowy radykalizm i praktyczny idealizm, a
chadecję o ideowy kwietyzm i praktyczną korupcję zasad. Różnica w tych
oskarżeniach jest tylko jedna, ale zasadnicza – zarzut wobec prawicy będzie
wyprowadzony z perspektywy świeckiego fundamentalizmu, który pośrednio
kształtuje sposób myślenia wspomnianych powyżej katolickich twórców opinii, a
porażkę chadecji można zrozumieć jedynie z perspektywy rozumu zawartego w
katolickim nauczaniu o państwie i polityce. Z perspektywy świeckiego
fundamentalizmu chadecja pozostaje bez zarzutu, ponieważ nie przeciwstawia się
pragmatyce władzy unikającej jakichkolwiek zewnątrzsystemowych ingerencji. Widać
to zresztą po jej liczebnej reprezentacji w parlamentach wielu europejskich
państw. Równocześnie nie jest wstanie lub nawet już nie chce przeprowadzać
chrześciajńskich spraw przez parlamenty ponieważ sprywatyzowała swoje
przesłanie i podmieniła swój modus vivendi ze zmysłu katolickiego na
fundamentalizm laicki. Tymczasem nurt, który określiliśmy mianem prawicy
katolickiej pomimo, że wydaje się wierny katolickim prerogatywom wegetuje na
marginesie polityki nie znajdując także zbytniego poparcia w kręgach hierarchii
katolickiej. Ta niejednokrotnie skłania się bądź ku chadecji, bądź ku którejś z
dróg proponowanych mniej lub bardziej wprost, przez większość publicystyki
katolickiej. W obu przypadkach jest to oddanie spraw katolickich i samej
sprawiedliwości pod panowanie laickiej skuteczności zawsze skłonnej do
drastycznego oddzielania władzy od sprawiedliwości i prawa, czego przykładem
były XX wieczne totalitaryzmy. Władza oparta na świeckim fundamentalizmie
przede wszystkim zainteresowana jest zdobywaniem władzy i to całej władzy bez
określania jej celu poza samym “panowaniem”. Także polski mainstream nie
potrzebuje realnego wpływu na kształt prawa w Polsce wedle określonych zasad.
Osiąganie takiego celu jest być może nawet łatwiejsze gdy dysponuje się mniejszą
siłą. Znaczenie ma reprezentacja przekonań na nie rozległość machiny, gdzie
zawsze trwa osłabiająca gra sekularnych interesów. Taki kształt mogłaby przyjąć
opinia katolicka w Polsce, gdyby nie zostało zaniedbane samodzielne myślenie o
tej perspektywie. Swego rodzaju polityczna kolonizacja.
Nowożytna, a także współczesna myśli i praktyka polityczna
bez wątpienia poszła za Makiawelem, a jeszcze bardziej za jego następcami,
którzy ten aspekt ludzkiej aktywności sprowadzili do pewnego rodzaju
technologii. W tej technologii religia, prawa, historia, a wreszcie sam
człowiek są jedynie przedmiotami i narzędziami kształtowania “porządku
publicznego” bez związku z podstawowym zadaniem rozumu - rozróżnianiem dobra i
zła. Polityka jaką oglądamy także w Polsce została zredukowana do aspektów
skuteczności ekonomicznej czy etatystycznej, a przede wszystkim do skuteczności
zdobywania samej władzy i jej opanowywania. Można powiedzieć, że taki kształt
rzeczywistości politycznej jest niebezpieczny, ale równocześnie pozwala wpływać
dobrze ukierunkowanym ideom na kształt postpolitycznego bezładu, który podda
się niejednemu prądowi byle zwiększyć doraźnie sferę wpływu. Nie powinno to być
przedmiotem większego zainteresowania katolików, ponieważ nie prowadzi do
realnego zmieniania spraw najistotniejszych z perspektywy katolickiej. Miałkość
panowania dobrze pokazuje niewielki zasięg i iluzoryczność reform i instytucji
pozostawionych przez ostatnie rządy. Jeszcze wyraźniej dotyczy to agendy
katolickiej, którą wspiera się słownie, ale w czynach już tylko pozornie.
Traktuje się ją rzec by można na poziomie folkloru.
Tomasz Rowiński
za: rebelya.pl

0 komentarze:
Prześlij komentarz