czwartek, 6 czerwca 2013

Trzeba bronić świata

W odpowiedzi na mój tekst poświęcony Dominique’owi Vennerowi („Dramat starego Rzymianina”) Filip Memches w swoim komentarzu („Metafizyczne manowce konserwatystów”) odrzuca wyrażoną przeze mnie sugestię, że Kościół we Francji zbyt późno przebudził się by głośno bronić spraw podstawowych dotyczących już nie tylko praw ludzkich, ale i natury człowieka. Ta ostatnia jest coraz bardziej wykoślawiana prawem pozytywnym i obyczajami, czego przykład ostatnio daje właśnie najstarsza córa Kościoła. Przeciwstawia temu opinię, że stałym kłopotem są konserwatyści, którzy traktują Kościół „jako instytucję wychowawczą i strażnika ładu moralnego – a nadzieję pokładają nie w Bogu, lecz w swoich politycznych wizjach”.

Być może tak właśnie jest. Sadzę jednak, że te dwa problemy się nie wykluczają. Instrumentalne traktowanie przez intelektualistów Kościoła nie wyklucza innego faktu, że Kościół przebudził się zbyt późno. Zresztą to że przebudził się w ogóle stało się w przypadku francuskim za sprawą katolickich tradycjonalistów nie ciszących się zwykle zbytnim szacunkiem we francuskim episkopacie.

Filip Memches ma rację krytykując konserwatywnych pogan – sam to zresztą robiłem w różnych miejscach – choćby na łamach „Frondy” („Polska jako potwór doktora Frankensteina”), krytykując neoromantyczne i w z ducha pogańskie koncepcje Jarosława Marka Rymkiewicza, pomijającego w swojej filozofii polskości centralną rolę katolicyzmu. Zresztą chodzi o coś więcej niż lokalny folklor – o przekonanie, że nadzieja narodów tkwi w rozpoznawaniu przez nie Boga – mogą to czynić m.in. za pomocą praw ustanawianych w swoich państwie.

A jednak poza bitwami toczonymi o nadzieję właśnie nadprzyrodzoną są inne bitwy, w których trzeba odłożyć przynajmniej w jakiejś mierze poszukiwanie odpowiedzialnych wzajemnego wykorzystywania i odpowiedzieć warunkowym sojuszem w chwili gdy być może zbliżamy się do niebezpieczeństwa zagrażającemu istocie człowieczeństwa. Przynajmniej część elementów różnych doktryn i wizji politycznych, o których wspomina Memches, należy także do spraw Bożych i ich broni, choć tkwi na metafizycznych manowcach.

Skoro rewolucja kulturalna, o której rozmawiamy atakuje doczesne sprawy, które uznajemy za konieczne obrony, to znaczy, że istnieje naturalny obszar dobra, które łączą nas poganami, szukającymi sprawiedliwości. Pamiętajmy, że francuską akcję przeciw ustawie zezwalającej na adopcję dzieci parom homoseksualnym w jej kulminacyjnej fazie organizowała właśnie katolicka tradycjonalistka i gej, który zachował znalazł w tej sprawie swoje non possumus.

Jeśli pociągnąć tę analogię, że polskim Vennerem jest Jarosław Marek Rymkiewicz, to z mogę Filipa Memchesa zapewnić, że są sprawy, w których moglibyśmy, a nawet powinniśmy maszerować razem z nim. Nie sądzę byśmy mogli w imię nadprzyrodzonej nadziei pozwalać by ten rzeczywisty i stworzony przez Boga świat, płonął. Powinniśmy go bronić tak długo jak to możliwe, nie przestając być katolikami.



Prześlij komentarz